8 RZECZY, KTÓRYCH DOWIEDZIAŁAM SIĘ O SWOJEJ RODZINIE PODCZAS PANDEMII

Nikt z nas nie spodziewał się, że przyjdzie nam żyć w czasach, kiedy najlepiej byłoby siedzieć w swoich czterech ścianach i przeczekać ten najgorszy moment. Nikt z nas nie był na to przygotowany. Nikt nie myślał o tym, co się może wydarzyć. Ja też nie. Z dnia na dzień musieliśmy przystosować się do nowej rzeczywistości. Najpierw trochę w strachu, w panice, później coraz bardziej świadomie, coraz bardziej akceptując to, co się dzieje dookoła. Choć ostatni czas jest dla mnie dość trudny, to staram się widzieć światełko w tunelu i wyciągam wnioski. Staram się zakładać różowe okulary i w małych rzeczach odnajdywać dobro. Czasem się udaje, a czasem wcale. Jest jednak kilka rzeczy, dzięki którym się uśmiecham. Wszystkie dotyczą mojej rodziny.


Da się siedzieć w domu. Dzieci przystosowują się niezwykle szybko do otaczającego nas świata, to my dorośli mamy z tym dużo większy problem. Ja z dziećmi w domu byłam równo 40 dni. Nie chcieliśmy ryzykować, nie mogliśmy pozwolić sobie na luzowanie. Są rzeczy ważne i ważniejsze. Dla nas najważniejsze jest zdrowie i życie najbliższych, często najbliższych z wieloma obciążeniami. Jestem wdzięczna, że mam i miałam możliwości, że mogłam sobie pozwolić na bycie w domu.

Moje dzieci nie są niejadkami - w zasadzie, to nigdy nie były, ale momenty jedzeniowe miały różne - czasem jedzą więcej, czasem mnie. Podczas izolacji jadzę zdecydowanie dużo. Fakt, nie jadły praktycznie słodyczy, a jak już jadły, to raczej te zdrowo, co wpływało bardzo pozytywnie na apetyt. Jedzone były nawet rzeczy, które w normalnej rzeczywistości jakoś bardzo nie odpowiadały kubkom smakowym. Wszystko jest w naszych głowach. Chwilami nie zdążyłam ogarnąć po śniadaniu, a już musiałam przygotowywać kolejny posiłek. Kosmos.

Potrzebny jest schemat. Dzieci lubią powtarzalność, ja też lubię mieć plan. Każdy dzień niby taki sam, a jednak inny. Codziennie coś robimy - odpoczywamy w weekendy, wtedy jest totalny luz, na szczęście w poniedziałek wracamy do naszego starego schematu i robi się spokojniej. 

Dzieci potrafią zmęczyć się w domu. Moje skaczą, biegają, tańczą, śpiewają. Myślę, że kanapa w salonie będzie niebawem do wymiany, nie wiedziałam, że można tyle skakać. Mnie bolą nogi, kiedy patrzę na Kajetana, kiedy znów skacze. Włączamy muzykę i tańczymy, ćwiczymy, wygłupiamy się i wieczorem jesteśmy padnięci. 

Kiedy się nudzimy jesteśmy najbardziej kreatywni. Widzę to w moich dzieciach, widzę to w sobie, ale widzę też w znajomych. Nagle osoby, które nie gotują, nie pieką, nie szyją - odkrywają w sobie nowe talenty. To ma moc, bo mamy więcej czasu, więcej chęci i próbujemy. Ja, mam już zaplanowany cały ogródek u moich rodziców - w końcu wakacje mamy spędzić w tym roku na działce, więc musimy mieć, co robić. Może nawet kupimy namiot i będziemy tam spać. 

Pracujemy nad emocjami, dzieci uczą się przez to, co widzą, a nie przez to, co słyszą. Nie lubię siebie, kiedy zostaję wyprowadzona z równowagi, a panowanie nad emocjami jest wtedy ostatnią rzeczą o jakiej myślę. A z drugiej strony lubię takie sytuacje, bo dają powód do rozmowy, do pokazania dzieciom, że mama ma też swoje granice, że bywa zmęczona i czasem ma dość. Widzę teraz więcej, widzę, czego brakuje moim dzieciom, widzę, z czym mają problem. W normalnej rzeczywistości trudno było czasem dostrzec, gdzie jest problem. Teraz jest łatwiej. 

Każdy z nas potrzebuje chwili dla siebie i samotności. Dzieci też. Mega trudno jest wygospodarować czas tylko dla siebie, kiedy cały czas jesteś w tych samych czterech kątach. W jednym pomieszczeniu jedno dziecko, w drugim drugie, w kolejnym trzecie. Nigdzie nie jesteś sama. Widzę też, że Matylda - dziecko, które lubi być w stadzie, nagle potrzebuje pobawić się sama i robi to coraz częściej. Wiem, że jest ciężko, bo ja sama nie jestem nawet w toalecie, ale chociaż 10 minut wieczorem bardzo doceniam. 

Śmieszne memy, które mówią o tym, że po wszystkim będą rozwody, alkoholizm albo ciąże, to sama rzeczywistość. Nagle zostajemy rzuceni na głęboką wodę. Jedno albo obydwoje z partnerów jest w domu cały czas, to obciążające. Idealnie teraz widać, kto, co robi w domu. Widać też, kto, ile energii wkłada w organizacje domową. Łatwiej jest zaangażować dzieci do pomocy, łatwiej pokazać, że podział obowiązków jest ważny. Ale tez jest mega ciężko pogodzić się z tym, że nie zmienia się otoczenie, że ciągle tylko dom, dom i dom. A jak dom, to i obowiązki.

Wirus się nie skończy. Możemy jedynie zaakceptować to, jak wygląda teraz nasze życie, trzymać się zasady, że im mniej, tym lepiej, dbać o higienę i przestrzegać zasad, a jakoś to będzie. W naszych rękach jest, żeby to jakoś było jak najlepsze. Róbmy dobro, sprawiajmy sobie małe przyjemności i cieszmy z najmniejszych rzeczy. Doceniajmy. 

6 komentarzy:

  1. Bardzo trafnie ujęte te wszystkie rzeczy. Ludzie mieli czas na zwolnienie tempa, jedni wykorzystali to w 100% inni sobie olali. To zależy od człowieka. Ja nie wiedziałam, że potrafię zrobić biszkopt, ale jeszcze nie przekonałam się do tego, że potrafię zrobić zupę, haha ������

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Biszkopt wyszedł Ci idealny :)

      Usuń
    2. Myślę, że na zupę przyjdzie czas, a na pewno na zupkę dla małej księżniczki. :-)

      Usuń
  2. To prawda, dobrze napisałaś. Wszyscy się trochę zatrzymali, mieli czas na zastanowienia i przemyślenia. A już strzal w 10 jak napisałaś, że stajemy się bardziej kreatywni :) ja nie nawidzilam piec, teraz co chwila jakieś ciasteczka, bezy, a nawet upiekłam chleb i drozdzaka �� niby proste ale nigdy się nie odwarzylam, aż do teraz���� Najważniejsze, żeby każdy zachował zdrowy rozsądek, dbał o siebie i bliskich, a jakoś przez to przebrniemy. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, że przetrwamy - najważniejsze, żeby w zdrowiu.

      Usuń
  3. normalne jest to, że nagle sytuacje w rodzinie się pogarszają. Spędzanie 24 godziny na dobę ze sobą nie jest zdrowe i rozwody, przemoc domowa na pewno będą się nasilać.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 ja-matka.pl , Blogger