WYPALONA MAMA

Długo biłam się z myślami, czy podzielić się z Wami tym tematem, czy może lepiej zachować to dla siebie, ale obecna sytuacja sprawiła, że z każdej strony słyszy się tylko, że: "jak ja wytrzymam z dziećmi?" albo "ona chyba bardzo nie lubi swoich dzieci, że nie wie, co z nimi robić". Staram się zrozumieć obydwie strony, ale nie jestem w tej kwestii taka zasadnicza. Nie oceniam, bo sama wiem, jak jest mi ciężko. I nikt, absolutnie nikt, kto nie jest w naszych butach, kto choć przez moment nie był w takiej sytuacji jak my, nie ma prawa oceniać. Powiem więcej - każdy człowiek jest inny, każdy dom jest inny, każde przeżywane emocje są inne. Po prostu czasem przychodzi taki moment, że czujesz, że dłużej nie wytrzymasz, że nie dasz rady. Wiem, że ten temat nie dotyczy każdej z nas, ale przeczytałam też, że jest to całkiem normalne zjawisko, a psychologowie twierdzą, że mama może się wypalić, zmęczyć macierzyństwem, nawet jeśli najbardziej na świecie kocha swoje dzieci. Kluczowe jest tu wsparcie. A co jeśli tego wsparcia brak? Albo nie ma możliwości?


Mam w domu trzy małe osobowości. Jedną krzyczącą, drugą płaczącą i trzecią - której wydaje się, że nadal żyje w symbiozie z mamą. Są wszystkim, co mam - nie wyobrażam sobie, żeby ich nie było. Moje życie byłoby puste, smutne i chyba trochę bezwartościowe. Mimo tego, że jestem w domu 24 godziny na dobę, to mam świadomość, że dom i dzieci nie powinny być moimi jedynymi priorytetami. Niestety doszłam do takiego momentu, kiedy ten dom, ten czas spędzony z dziećmi, to ciągłe "mamo" powoduje, że trafia mnie szlag. Zmęczenie, frustracja, chwilowy brak perspektyw, brak możliwości, brak snu, zniecierpliwienie, perfekcjonizm postawiły mnie pod ścianą. Jestem świadoma tego, że dalej tak być nie może, że w całej tej sytuacji w końcu ucierpią dzieci, ale najbardziej po dupie dostaje ja. Bardzo zależy mi na tym, żebym miała siłę i chęci do spędzania czasu z dziećmi, żebym mogła odpowiadać na ich potrzeby, żebym reagowała na ich emocje, ale w tej chwili jest to dla mnie mega trudne, choć czuję też, że z dnia na dzień będzie lepiej, a kiedy skończy się ten cały syf związany z wirusem, kiedy znowu zaświeci słońce, zmieni się wszystko.

Bywam jak tykająca bomba, a w zasadzie częściej wybucham niż bym chciała. Nie pomagają wczesne pobudki, nocne karmienia, nadmiar obowiązków, niespokojna głowa, problemy, odpowiedzialność. Dziękuję sama sobie, że choć wieczory mam spokojne, bo gdybym miała siedzieć z dzieciakami do 22, a rano stresować się ich dobudzeniem, to bym już dawno oszalała. W dalszym ciągu karmię Kaję piersią, generalnie nie stanowi to dla mnie żadnego problemu, ale kiedy tych nocnych karmień przy ząbkowaniu jest 10, to rano mam ochotę przykryć się kocem i płakać z bezsilności. Niestety trzeba wstać i robić swoje - śniadanie, przedszkole, leki. Umów lekarza, zadzwoń do mechanika, załatw wyniki, nie mówię już o rzeczach bardziej przyziemnych jak pusta lodówka, pranie, czy sprzątanie. Dla jednego człowieka jest tego tak dużo, że zwyczajnie odechciewa Ci się być super mamą i myślisz tylko o tym, żeby uciec gdzieś daleko. Tu się martwisz, bo jedno dziecko krzywi nóżki, drugie ma koszmary w nocy, trzecie znów przełożone szczepienie. Ciągle o czymś myślisz, ciągle coś załatwiasz. Nie ma tak, że odpoczywasz - tu pić, tu jeść, tu kupa, tu siku, tu piszemy literki, tu mam chcę takiego robota, podaj, przynieś, ukrój. Na samą myśl drętwieje mi ciało. Zapominasz kompletnie o sobie - nie masz siły na zrobienie czegokolwiek, wieczorem tylko telewizor przez 10 minut i spać. Ja wiem, że można to jakoś zorganizować, ale organizować w momencie, kiedy masz dość, to jakby strzał w kolano, bo już na samym początku jesteś na straconej pozycji. To jest rzeczywistość wielu z nas. Wbrew pozorom, kiedy pracowałam byłam jakoś bardziej do życia, bo jednak bardziej mi się chciało - naprawdę kłaniam się w pas każdej pracującej mamie, każdej samodzielnej mamie.

Czym jest wypalenie? To moment, kiedy coś co lubisz robić nagle przestaje dla Ciebie być fajne. Sprawia Ci coraz więcej trudności, a na samą myśl, że jutro znów czekają Cię te same obowiązki, robi Ci się niedobrze. I nie jest tak, że każdego dnia masz dość wszystkiego - są lepsze i gorsze chwile, ale niestety w przewadze z tymi gorszymi. Jest naprawdę ciężko, kiedy kładziesz się do łóżka z myślą, że już Ci się nie chce. I tu naprawdę nie chodzi o nastawienie, bo jak długo możesz okłamywać swoje potrzeby i wmawiać sobie, że to minie, to chwilowe. Raz? Drugi? Trzeci? Z każdym kolejnym razem Twój organizm zacznie się buntować. Kiedy Twoje kubeczki są puste, to jakim cudem chcesz obdarować nimi kogoś innego? Jak chcesz się podzielić cierpliwością, kiedy sama jesteś kłębkiem nerwów? Jak chcesz wpierać swoje dziecko, kiedy sama tego wsparcia nie masz? Nie da się, po prostu się nie da. Przeczytałam ostatnio zdanie mówiące o tym, że powinniśmy być wdzięczni złości, że się pojawia, bo przypomina nam, że musimy o siebie zadbać. I dla mnie to był kluczowy moment. Wszechświat czuwa, naprawdę.

Dlaczego własnie teraz o tym piszę? Bo będzie mi łatwiej odpuścić, bo mam nadzieję na wprowadzenie jakiegoś sensownego schematu podczas tego naszego siedzenia w domu i bardzo liczę, że doprowadzę się do porządku, małymi krokami odzyskam radość z bycia mamą, będzie mi się chciało i każdego dnia będę mogła na spokojnie popracować nad tym, co w tej chwili jest do naprawy. Mogę odpuścić różne sprawy, bo i tak siedzimy w domu, nie mam nic pilnego do załatwienia, nie muszę nigdzie wychodzić. Owszem stresuje się tym całym wirusem, ale mam zamiar odciąć się od tego na tyle na ile będę w stanie. Nie mam na to wpływu, mogę się jedynie dostosować. I mieć nadzieję, że każdy z nas weźmie sobie do serca to, co się dzieje i z tygodnia na tydzień będzie tylko lepiej. Ten nasz byt, nasze zaplanowane życie nagle zwolni, inne będą priorytety, odpuścimy trochę, docenimy to, co mamy, skupimy się na innych sprawach. Chyba tego nam trzeba, żeby przewartościować nasze życia. Już nigdy po tym wszystkim nie będzie tak samo. My już też nie będziemy tymi samymi osobami. ale to chyba dobrze. Tak miało być.

I tak już zupełnie na koniec - nie oceniaj, proszę zastanów następnym razem, kiedy usłyszysz, że jakaś mama biadoli, bo musi przez te dwa tygodnie siedzieć z dziećmi w domu i co ona biedna będzie z nimi robiła - nie wiesz, czy nie doszła do takiego momentu jak ja w swoim macierzyństwie, a wyjście do pracy było dla niej jedyną odskocznią i dzięki temu czuła, że nie zwariuje. A jak tylko usłyszała o dwóch tygodniach w domu, to zalała się potem i na samą myśl miała ciarki na plecach. Nie wiesz i się nie dowiesz, ale oczywiście ocenisz, bo co to za rodzic. Wspieram Was wszystkie, doceniam i kibicuje. Siedźmy w domu, włączajmy bajki, sprzątajmy, korzystajmy - wierzę w nas i naszą odpowiedzialność. Dodam tylko, że my w domu siedzimy od początku lutego z krótkimi przerwami, bo dzieciaki chorowały na zmianę - także można, da się. Choć nie jest łatwo, oj nie jest.



3 komentarze:

  1. Jakbym o sobie czytała, dokładnie tak przechodziłam luty. Masakra. Już się nawet zastanawiałam czy to nie depresja jakąś... To już taki skrajny moment, teraz odbicie od dna i znów zaświeci słońce. Trzymaj się ciepło i spokojnie

    OdpowiedzUsuń
  2. Znam to, rozumiem cie dokładnie. Ja przy dwójce dzieci czasem mam ochotę zniknąć...

    OdpowiedzUsuń
  3. Dokładnie opisana ja....

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 ja-matka.pl , Blogger