MOJE MAŁE SZCZĘŚCIA

MOJE MAŁE SZCZĘŚCIA

Kiedy zostajesz mamą, kompletnie nie masz pojęcia, co Cię czeka. Masz jakieś plany, wyobrażenia, niby wiesz, czego chcesz, ale rzeczywistość bardzo często zmienia poglądy. Mali ludzie dostosowują nas do siebie, nagle okazuje się, że tak naprawdę o dzieciach nie wiesz nic, a Twoje plany, były tylko Twoimi. Jedno dziecko, drugie, trzecie - każde jest inne, z każdym funkcjonuje się inaczej, z każdym codzienność wygląda inaczej - wygrywasz, jeśli pozwalasz każdemu ze swoich dzieci być innym, jedynym, wyjątkowym. Wtedy i Tobie jest łatwiej. A przecież o to chodzi, żeby było łatwo, żeby się nie zadręczać, żeby rodzicielstwo było miłe i przyjemne, okraszone oczywiście chwilami niemocy i chęci wystrzelenia maluchów w kosmos. 


Czasem sobie myślę, że ja kompletnie nie umiem w to macierzyństwo, że mnie przerasta, że jestem najgorsza na świecie, a bo za dużo krzyczę, za mało wspieram, za dużo odpuszczam, za mało się bawię, zawsze jest coś, co mogę sobie zarzucić. Są lepsze i gorsze momenty, ale wiem jedno, dzięki temu, że czasem w siebie wątpię, to bardziej się staram, bardziej mi się chce.

Jest prawie druga w nocy, moje nocne pisanie przerywa wołanie Matyldy:"mamo" - noc, jak każda inna. Mati się budzi, chce się napić, zawsze mnie woła. Czasem moja frustracja sięga zenitu, bo przecież to pięciolatka, wodę postawioną w kubku mogłaby wziąć sama. Nie bierze, woła. Za każdym razem mówi: "dobranoc, kocham Cię" i wtedy mimo zmęczenia, mimo nerwów, daję buziaka w czoło i wychodzę. To moja wrażliwa pięciolatka, która od maleńkości ma bardzo słaby sen, budzą ją najmniejsze szmery, a zasypianie trwa i trwa i trwa. Matylda jest pomocna, kochana i mocno absorbująca. Dzięki niej wspinam się na wyżyny swojej cierpliwości. Każdego dnia uczy mnie czegoś nowego, każdego dnia zmagam się z jej problemami, które są najgorsze na świecie i generalnie powodują, że życie Matyldy nie jest usłane różami. Wiesz co jest dla mnie najtrudniejsze? Okazywanie jej zrozumienia i wspieranie w tych trudnych chwilach. Staram się i starać będę, bo widzę tego efekty, kiedy jest empatyczna, wspierająca i kiedy oddaje mi to, co ode mnie dostaje każdego dnia.

Kajetan, to inna bajka. Zasypia w trzy minuty, budzi się szybko, ale potrafi się sam sobą zająć. Jest konkretny, asertywny i słodki jak rurki z kremem. Ciągle się przytula, zasypia trzymając mnie za rękę. Zawsze chce być blisko. Potrafi sobie zjednać każdego. Każde jego kocham, każde wypowiedziane Nianiulka (tak mówi na Matyldę) ma w sobie taki ogrom miłości, że ma się ochotę go zjeść. Bywa też mega nieznośny, uparty i często ogarnia go totalna głupawka, a wtedy najczęściej kończy się płaczem, bo absolutnie nie docierają do niego żadne komunikaty - on chce i ma mieć. KROPKA.

Dwoje dzieci, każde inne. Każde zapewniające zupełnie inne emocje, każde kochane, każde wyjątkowe. Powiem Ci szczerze, że nigdy nie obawiałam się, że nie będę potrafiła kochać dwójki, że jak ja podzielę miłość na każde z nich. Co więcej. Od kiedy są we dwoje, a ja mam szansę obserwować ich razem, to wiem, że urodziłam najlepsze dzieciaki na świecie. Wiem, że dałam im siebie i zrobię wszystko, żeby nie spieprzyć ich relacji. Są różne okresy, różne momenty, ale każde z nich wskoczyłoby za sobą w ogień. Oby tak zostało.

Chyba jednak coś tam umiem w to macierzyństwo. I wątpić nie powinnam.
KOSMETYKI MINERALNE - ANNABELLE

KOSMETYKI MINERALNE - ANNABELLE

Post typowo kobiecy, kilka moich spostrzeżeń o kosmetykach mineralnych, chociaż absolutnie nie mam się za ekspertkę, raczej powiedziałabym, że post pisany przez laika dla laika, bo uważam, że zabawa z kosmetykami mineralnymi jest warta świeczki, ale też nie jest zbyt łatwa. Do tego wpisu poprosiłam o pomoc koleżankę, bo moja buzia przez ostatnich kilka miesięcy przechodzi drugą młodość, a że wybrałam zestaw, który ma rozświetlić moją twarz, to uznałam, że bardziej estetycznie będzie pokazać buzię bez większych zmian. 


Tym razem do przetestowania wybrałam zestaw od Annabelle Minerals - standardowo najtrudniejsze okazało się wybranie odpowiedniego odcienia, ale fachowa pomoc ze strony sklepu nie miała z doradzeniem już większego problemu. Wybrałam zestaw podstawowy, bez cieni, bo ich praktycznie nie używam. Cały zestaw ma rozświetlać naszą twarz - podkład, korektor, puder oraz róż. 


Pierwsza i podstawowa zasada, to kosmetyki mineralne nakładamy na nawilżoną skórę twarzy. Ja czasem nakładam na krem bb, jeśli potrzebuję większego krycia, albo sama sobie robię dodatkową warstwę kryjącą, kiedy podkład mieszam z kremem nawilżającym. Efekt jest zaskakujący, naprawdę. Po drugie to, czy te wszystkie proszki będą bardzo mocno pylić zależy od tego, jaką masz wprawę w nakładaniu ich - moje początki były tragiczne, teraz jest już zdecydowanie lepiej. No i po trzecie, a może powinno być po pierwsze - kosmetyki mineralne nie obciążają skóry, co ma duże znaczenie dla takiej skóry jak moja, kiedy najmniejsza ilość drogeryjnych podkładów powoduje powstawanie nowych wyprysków i okropnie zapchane pory.

PODKŁAD - golden fairest - odcień dobrany idealnie, konsystencja proszku w żaden sposób nie wpływa na estetykę makijażu, a wiem o czym piszę, bo jedne ze znanych kosmetyków mineralnych konsystencje miały zupełnie inną i niestety, ale na mojej buzi wyglądały, jakby się zważyły. Nakłada się idealnie, świetnie rozprowadza, kryje delikatnie, ale za to dość fajnie uwydatnia koloryt skóry. Jeśli zależy Ci na większym kryciu, to skorzystaj z moich wcześniejszych podpowiedzi albo po prostu nałóż kilka warstw. Ja podczas wykonywania makijażu Agnieszki nałożyłam dwie cienkie warstwy.

KOREKTOR - golden fairest - szczerze? Najmniej go polubiłam. I chociaż na twarzy Agnieszki dobrze sobie radził, to już na mojej zdecydowanie mniej, ale nie skreślam go, bo może to być kwestia moich zmian, a nie samego kosmetyku. Dam mu szansę, kiedy ta moja buzia odzyska swój dawny wygląd. Nakładałam go małym pędzelkiem i w sumie tak samo jak w przypadku podkładu nałożyć możesz kilka warstw - to Ty masz być zadowolona.

PUDER ROZŚWIETLAJĄCY -  dla mnie bomba. Jest świetny. Używam najczęściej, pięknie nadaje blask, moja przetłuszczająca się buzia nie świeci się jak lampa, ale też nie jest bardzo matowa. U Agnieszki również się sprawdził. Wiesz za co uwielbiam ten puder? Za to, że mogę go używać nie tylko na podkład sypki, ale także na zwykły podkład, czy na samą nawilżoną twarz. Sprawdza się idealnie, kiedy skóra powinna chwilę odpocząć. Fajną myślę opcją jest posiadanie pudru matującego i tego rozświetlającego, ale to już kwestia każdej z nas jak lubi mieć wykończony makijaż.

RÓŻ - romantic - to jest moje odkrycie. Najpiękniejszy kolor na świecie, delikatna poświata. Nie umiem się go nachwalić. Kiedy nałożysz go delikatnie na twarz, to osiągniesz delikatny efekt uwydatnienia polików, kiedy jednak chcesz, żeby makijaż był zdecydowanie bardziej widoczny, to nałóż kilka cienkich warstw i na pewno spełni Twoje oczekiwania. Nad różem zastanawiałam się najdłużej, bo będąc jakiś czas temu na konferencji miałam okazję trafić na odcień idealny, niestety ze swojego roztargnienia nie zapisałam nazwy i wciąż go szukam, ten najbardziej wpasował się w moje wyobrażenie.

W takiej kolejności jak opisałam nakładałam kosmetyki Agnieszce. Używałam dużego pędzla kabuki i kilku swoich, które mam w kosmetyczce. Ja się nie maluję na co dzień, Aga tak, kiedy skończyłam jej makijaż tymi kosmetykami, to po pierwsze była w szoku, że coś tam potrafię (absolutnie nie wyglądam na kogoś, kto ma pojęcie nt. robienia jakiegokolwiek malowanka), po drugie była zachwycona delikatnością twarzy, a po trzecie poprosiła o domalowanie oczu i ust, bo tak lubi. Poniżej wklejam Ci zdjęcie PRZED, PO oraz zdjęcie z uzupełnieniem cieni oraz ust. Bardzo dziękuję za pomoc Agnieszce, a Ty zostaw jej jakieś miłe słowo, żeby kiedyś chciała jeszcze ze mną współpracować. 




CO TO BYŁ ZA ROK...

CO TO BYŁ ZA ROK...

Przeglądam zdjęcia w telefonie z całego poprzedniego roku i sama nie mogę uwierzyć, że tak bardzo się wszystko zmieniło. Na instagramie nasze urywki, filmiki zapisane w archiwum, to przypomina mi, ile może się zadziać w ciągu jednej chwili. W cały swoim życiu nie miałam tak intensywnych miesięcy. W całym swoim życiu nie przeżyłam tak emocjonujących chwil - od totalnego szczęścia, po rozpacz i strach o każdy następny dzień. Takiej szkoły życia nie dostałam jeszcze nigdy. Tak źle i jednocześnie tak dobrze nie było nigdy. Podsumuję ten rok, zrobię to, bo będę do tego wracać. Chętnie zerkać i uświadamiać sobie, że każdy szczyt jest do zdobycia, a w chwilach zwątpienia będę widziała, jaka jestem silna, jaka odważna i jak wiele przede mną. 


STYCZEŃ/LUTY

Te miesiące mnie ukształtowały, to wtedy najwięcej zrozumiałam. Wynajęłam mieszkanie, a w zasadzie stare, zaniedbane metry, ile łez wylałam podczas ogarniania, wiem tylko ja. Nie zapomnę widoku brudnych, zaniedbanych podłóg, segmentu kuchennego w takim stanie, że bałam się cokolwiek włożyć do środka i łazienka - łazienka z tapetami, bez umywalki. Mimo to, mieszkam tu już prawie rok, doceniam te podłogi, te tapety i cieszę się jak głupia, że jestem tu, gdzie jestem. Wiesz co? Wtedy też jeszcze bardziej doceniłam Rodzinę i Znajomych, kiedy zadzwoniłam i poprosiłam o pomoc, to wszyscy się zmobilizowali i pomogli doprowadzić do ładu i składu. W lutym obchodziłam swoje ostatnie dwudzieste urodziny, nie zapomnę ich do końca życia, bo świętowałam dwa dni pod rząd. W lutym też w końcu przepracowałam kilka spraw, nauczyłam się żyć sama ze sobą, doceniłam samotne wieczory i tak bardzo polubiłam być sama. Kiedy byłam z dziećmi, to byłam mamą, kiedy dzieci wyjeżdżały, to stawałam się znowu kobietą i potrafiłam myśleć o sobie i swoich potrzebach. Cudowne uczucie. Zrozumiałam, że kiedy sama ze sobą zacznę czuć się dobrze, to cały wszechświat będzie stał za mną murem.

MARZEC/KWIECIEŃ

Totalny chaos. Niby dobrze, ale jednak ciągle za czymś goniłam. Łzy przeplatały się ze szczęściem. Dzięki mądrościom życiowym Matyldy zrozumiałam, jak bardzo boję się być z kimś, a z drugiej strony jak bardzo tego kogoś potrzebuje w swoim życiu, bo te samotne wieczory są ekstra, ale kiedy pojawia się ktoś, z kim chce się spędzać każdy wieczór, to robi się zdecydowanie przyjemniej. Zrobiłam kilka głupich rzeczy, popełniłam kilka błędów, ale niczego nie żałuję, bo każdy z nas powinien raz w życiu "upić się do nieprzytomności" i "zrobić coś beznadziejnego". Czasami jedna sytuacja uświadamia nam, że to jest to, że tak być powinno, tylko gwiazdy czasami nie sprzyjają, ale do czasu...

MAJ/CZERWIEC

... do czasu, kiedy przekonasz się kto jest kim, kim Ty jesteś dla ludzi. Do czasu, gdy problemy zaczną Cię przytłaczać, a podjęte wcześniej decyzje będą miały swoje konsekwencje. Te dwa miesiące określiłabym "miesiącami wyparcia" - nie dopuszczałam do siebie tego, co się faktycznie działo. Nie wierzyłam, nie akceptowałam, pozwalałam sobie na to, żeby uwierzyć, że może być dobrze, że się ułoży, że się poskłada. Życie lubi zaskakiwać.

LIPIEC/SIERPIEŃ

Wróciłam na etat, nie wiesz nawet, ile mi to dało. Wyszłam z domu, byłam z ludźmi, było idealnie. Bardziej mi się chciało, miałam więcej cierpliwości do dzieciaków. Niestety, mieszkając na wsi, nie mając do dyspozycji przedszkoli, które otwarte są dłużej niż do 13, a do tego chcąc być dobrą mamą - nie miałam innej opcji, musiałam z pracy zrezygnować i zająć się tym, co dla mnie najistotniejsze w tamtym momencie. Reszta była słońcem, ciepłem, wakacjami. Próbowałam oswoić się z nową sytuacją. Chciałam jakoś poskładać sobie ten świat na nowo. Czas przepływał mi między palcami, potrzebowałam wsparcia. Na szczęście miałam obok siebie rodzinę, to było najważniejsze. 

WRZESIEŃ/PAŹDZIERNIK

Mati wróciła do przedszkola, Kajetan rozpoczął swoją przygodę z placówką. Teraz z perspektywy czasu mam wrażenie, że zmarnowałam te dwa miesiące. Nic wielkiego się nie wydarzyło, chociaż może z drugiej strony wszystko jest po coś, bo z braku zajęcia zdecydowałam się na bycie wolontariuszem Szlachetnej Paczki, co okazało się cudowną przygodą. Wrzesień spędziłam na czekaniu, październik na budowaniu wartości. Tak, wszystko jest po coś. 

LISTOPAD/GRUDZIEŃ

Powiedzmy, że zaakceptowałam sytuację. Na pewno zrozumiałam, że nikt życia za mnie nie przeżyje, że wszystko jest tylko w moich rękach i żadne słowa nie są w stanie odzwierciedlić tego, co w danej chwili się dzieje. Poza tym poukładałam sobie sprawy, które powinnam poukładać już sporo wcześniej, zrobiło się lepiej, spokojniej, fajniej. Zaczęłam się cieszyć z chwil samotności, kiedy dzieciaki jechały do taty, zaczęłam odczuwać inaczej niż wcześniej. Dotarło do mnie, że absolutnie nikogo nie powinnam słuchać, a sama decydować o tym, co myślę i czuję, a już na pewno nie mogę dawać ponieść się emocjom. Grudzień, to generalnie czas robienia prezentów, cieszenia się ze światełek, dekoracji, odkrywania na nowo w sobie genu małego dziecka. Wiesz, że pierwszy raz od bardzo dawna sama sobie mogłam wybrać prezent świąteczny, taki o jakim marzyłam. Niezwykłe uczucie. Przygotowania do balu sylwestrowego, wybór sukienki takiej, żeby było wygodnie. Fajna zabawa i oczekiwanie, bo Nowy Rok przyniesie dużo zmian. Mega dużo.

Mogę podsumować ten rok jeszcze tekstem, na który wpadłam na fb - opisuje ten rok idealnie - niestety nie znam autora: 

"- Czy myślisz, że zaszły w Tobie jakieś zmiany w ciągu ostatniego roku? 
- Zrodziło się we mnie więcej obojętności. Odwróciło się kilku ludzi. Kilka razy upadłam i nie potrafiłam się podnieść. Więcej niż kilka razy płakałam i nie umiałam przestać. Kogoś znienawidziłam, a kogoś chyba pokochałam. Ktoś dał mi lekcję życia. Uświadomiłam sobie, że nic nie jest na zawsze i że ludzie już do końca świata pozostaną egoistami. Przez cały rok trzymałam za rękę nadzieję, wierząc, że to pomoże. Zwątpiłam bardziej w międzyludzkie zaufanie. Postawiłam na swoim i dużo przez to w ciągu ostatniego roku wygrałam. Stałam się silniejsza na pokaz i słabsza, gdy zostaję sama. Polubiłam samotność, noc i ciszę. I wydaję mi się, że coś straciłam. Tylko jeszcze nie wiem co."

Tak naprawdę, naprawdę, to jest mega dobrze. I choć mam kryzysowe momenty, to fajniejszego momentu w życiu jeszcze nie miałam. Boję się, ale ten strach mnie motywuje. 

Niech ten Nowy Rok będzie dla nas dobry!
ORYGINALNY PREZENT NA ŚWIĘTA

ORYGINALNY PREZENT NA ŚWIĘTA

Wielokrotnie wspominałam, że uwielbiam robić prezenty, chyba nawet bardziej niż je dostawać. Słucham, czego moi bliscy potrzebują, później koduję gdzieś tam z tyłu w głowie i kiedy tylko nadarzy się okazja, to kombinuję. Oczywiście najczęściej pytam o to, co kto potrzebuję, ale jeśli dana osoba nie potrafi się określić, to pozostaje mi wymyślenie czegoś oryginalnego. Teraz okazja jest nie byle jaka, bo wybieramy prezent na święta.  Lubię ten świąteczny czas, lubię dobierać, wybierać, później pakować i czekać na reakcję obdarowanych. Nie wiem jak Ty, ale ja prezenty robię przez cały rok, żeby po pierwsze nie musieć biegać na złamanie karku w ostatniej chwili, po drugie dlatego, że zwyczajnie mogę zaoszczędzić trochę pieniędzy, kiedy coś uda mi się kupić taniej. Tak, wiem, na najbliższych nie oszczędzamy, ale każdy z nas ma ograniczony budżet. 


Lubię mieć dowolność podczas robienia prezentów. Lubię wiedzieć, że mogę pożartować, a prezent nie zostanie odebrany przez moich najbliższych jako zło konieczne. Fajnie, że otaczam się ludźmi, którzy nie obrażają się, nie strzelają przysłowiowego focha, tylko mają dystans do siebie i do świata. Z całej gamy wspaniałych i pomysłowych artykułów wybrałam trzy, które w tym roku mam nadzieję zadowolą osoby, które je otrzymają. Zerknij koniecznie na moje propozycje i daj znać, co sama wybrałaś dla swojej rodziny. Robicie sobie w ogóle prezenty? Czy tylko najmłodsi korzystają?


Wywołują uśmiech na mojej twarzy, serio za każdym razem, kiedy je widziałam, to myślałam sobie, że byłyby idealnym prezentem. Serduszka jako uchwyty dodają uroku, a połączone z tym napisem są słodkie. Takie trochę przekorne, bo tu niby pan racja, a jednak kobieta jest szyją i to ona ma ZAWSZE racje. Uwielbiam takie nietuzinkowe prezenty, wiem, że ktoś, kto je dostanie na pewno będzie zawsze na nie patrzył z sentymentem. Są takie kubki, poszewki, podkładki - zerknij, bo można je spersonalizować dodając np.imię. Ekstra.


Zestaw herbaciany, to wg mnie najlepszy prezent na świecie. Kawa, herbata, konfitury - tego nigdy za wiele. Woreczek, do którego możemy włożyć całość jest fajnym uzupełnieniem, tym bardziej, że również możemy go spersonalizować. Herbata pachnie obłędnie, a dodatek w postaci cytryny i żurawiny skutecznie rozbudzi zmysły. Idealny aromat, słodycz i prostota. Ucieszy się mama, babcia, ciocia, ucieszy się tak naprawdę każdy, bo kto nie pije herbaty, prawda. Ja w rodzinie mam również mężczyzn, którzy nie pogardziliby takim zestawem. Lubię takie przydatne prezenty.


Ostatnim moim wyborem jest typowy prezent dla prawdziwego mężczyzny. Trochę dla śmiechu, trochę ku zazdrości kumpli. Wiesz, bo mam swoją piersiówkę. I to jaką. Idealną. Specjalnie dla mnie. Taką wiesz do zadań specjalnych - no petarda. Będzie kupa śmiechu, a w piersiówce herbata. Wiem, że nie jest to prezent dla każdego, ale jako fajny dodatek do czegoś większego na pewno nada się idealnie. Solidne wykonanie, grawer dopracowany w każdym calu, to chyba najistotniejsze szczegóły piersiówki. Mam nadzieję, że Pan D. będzie zadowolony. 

Więcej cudownych i oryginalnych rzeczy znajdziecie na stronie: mygiftdna.pl
GÓWNO! NIE ORGANIZACJA!

GÓWNO! NIE ORGANIZACJA!

Jest grudzień. Świąteczny czas. Przyjazny czas. I to chyba najbardziej skłoniło mnie do poruszenia tego tematu. Do zabrania głosu. Generalnie trudno jest mnie sprowokować, żebym wypowiedziała się na te dość kontrowersyjne tematy, ale trochę tego za dużo. Ile można, wszystko ma swoje granice. Serio. Niby są dwie płci - kobiety i mężczyźni, ale każde z nas ma swoje odnogi. Jedną z nich jest kobieta - matka - wszechwiedząca, oceniająca. Najwięcej ich w internecie, najwięcej na forach dla mam. Nie wiem, czy szukają poklasku, czy karmią się tym, że krzywdzą innych, czy może zwyczajnie podbudowują swoje ego. Nie wiem i szczerze, to gówno mnie to obchodzi, ale mam dość tych najmądrzejszych, tych, które robią najlepiej, które nie rozumieją, że dzieci są różne, że sytuacje są różne i nie można wszystkich wrzucać do jednego worka. Zapytasz, dlaczego się tak unoszę - a dlatego, że w ciągu dosłownie kilku dni trafiłam na kilkanaście wypowiedzi tak bardzo oceniających inne mamy, tak bardzo krzywdzących inne kobiety, że zwyczajnie nie wytrzymałam. Do tego w kręgu mojej rodziny, moich znajomych jest sporo mam, które mówią o tym, że ciocie, babcie, mamy - wszystko, co robią te młode mamy krytykują, porównują i powodują gorsze samopoczucie kobiet, które tak naprawdę potrzebują wsparcia, bo przecież dopiero odnajdują się w nowej roli.


Droga Mamo Wszechwiedząca, 

piszę do Ciebie, do Ciebie i do Ciebie też, jest Was wiele. Każda z Was ma swoje racje, każda zapewne ma jakieś doświadczenie. Czasami powiecie coś nieświadomie, czasami źle dobierzecie słowa - ok, rozumiem. Zmęczenie robi swoje. Mimo to uważam, że odrobina empatii byłaby wskazana. Zwłaszcza, że pewnie całkiem niedawno byłaś tą młoda, zagubioną mamą. Pamiętaj Moja Droga, że każde dziecko jest inne. Pamiętaj, że każda sytuacja jest inna. Pamiętaj, że często mamy są zostawione same sobie i naprawdę nie mają żadnej pomocy. Oczywiście, że masz prawo do swojego zdania, tylko błagam, wyraź je tak, żeby nikogo nie krzywdzić, nie oceniać, bo nie pomagasz.

To, że Twoje dziecko spało od początku w swoim łóżeczku, że nie było dzieckiem wymagającym, że miałaś czas na wszystko, nie upoważnia Cię do wyrażania swoich osądów i rzucania hasłami, że "z niemowlakiem, to ja się ciągle nudziłam" - cudownie, że miałaś takie dziecko. Naprawdę Ci zazdroszczę, bo moje np. nie spało wcale w swoim łóżeczku, 3/4 dnia spędzało przy piersi, a zrobienie kupy w samotności było wyczynem. Kiedy słyszę tekst, że "wszystko jest kwestią organizacji", to autentycznie robi mi się słabo. Wiesz dlaczego? Dlatego, że ja zwyczajnie wolałam być wyspana niż wykąpana, dlatego, że obiad z dwóch dań jedliśmy jak była możliwość wyjścia do baru mlecznego albo dziadków w niedzielę, więcej - obiad w ogóle czasami był luksusem. Śniadanie jedzone z dzieckiem na ręku, kawa pita przez cały dzień. Trzyminutowy prysznic. To była moja rzeczywistość.

O organizacji możemy mówić w pracy, w życiu jet inaczej, bo dziecko to żywa istota z różnymi humorami, dolegliwościami i pakietem przeróżnych emocji. Kiedy słyszę, że mamy wstają przed dziećmi, to zastanawiam się, o której ja musiałabym wstawać, bo moje dzieci budzą się skoro świt - jest ekstra, jeśli wstaną o 6, żeby wstać przed maluchami, to chyba wstawałabym o czwartej (!), a dla mnie to nierealne. Drugą sprawą są drzemki. Droga Mamo, jedne dzieci śpią po 3 h, inne śpią po 20 minut. Jedne dzieciaki śpią do czwartego roku życia, inne śpią do drugich urodzin. I uwierz mi, że wieczorem marzę tylko o tym, żeby dzieciaki poszły do łóżek, a ja żebym mogła wyciągnąć nogi na kanapie, mimo bałaganu i zlewu pełnego garów. Moje zasoby snu już dawno się wyczerpały i o ile latem jest całkiem ok, to jesienią czy zimą bywa naprawdę ciężko. Każda z nas ma inaczej, każda ma inne granice, każda inaczej reaguje na brak snu, na zmęczenie, na frustrację. Nie szufladkujmy się, bo to nie ułatwia. Co gorsza często bardzo źle wpływa na samopoczucie kobiety, bo czuje się nieidealna, bo nie daje rady, a mama w internecie pisze, że ma codziennie obiad z dwóch dań. Dobrze, że ma, oby mąż doceniał, oby nie robiła tego obiadu kosztem swojego zdrowia. Każde zasoby się kiedyś kończą...

Nie oszukujmy się - życie z niemowlakiem i życie z dzieckiem szkolnym wygląda zupełnie inaczej. Starszak pomoże, niemowlak wymaga. Dla mnie doba jest za krótka na wszystko, a nie pracuję zawodowo, ale faktem jest, że kiedy pracowałam, to paradoksalnie wydawało mi się, że tego czasu miałam więcej. Tylko w weekend okazywało się, że dom nie był sprzątany od miesiąca, a ja nie jestem w stanie nic zrobić, bo dzieci też mnie potrzebują. Bycie rodzicem, to najtrudniejsze zadanie w naszym życiu, najbardziej pracochłonne, najbardziej odpowiedzialne. Znam mamy, które pracują, które się spełniają, ale kosztem dzieci niestety - nie ma złotego środka. Żadna z nas nie jest upoważniona do oceniania, do głoszenia osądów, bo ja dawałam radę... Ty dawałaś, inna mama nie i tak też jest ok, dlatego więcej pokory Droga Mamo. I zrozumienia. Każdemu będzie żyło się lepiej. Wykorzystaj może ten świąteczny czas i znajdź w sobie trochę więcej empatii.


                                                                   Mama Dzieci nie do końca wymagających
CZEGO NAJBARDZIEJ BRAKUJE MI NA WSI?

CZEGO NAJBARDZIEJ BRAKUJE MI NA WSI?

Rok temu w listopadzie wróciłam ze wsi na wieś - tak się śmieję. Z domu do bloku. Z nowego na stare. I chociaż moja rodzinna wioska nie jest miejscem na końcu świata, to jednak po kilku latach spędzonych w mieście ciężko było mi się odnaleźć. Było kilka powodów - pierwszy i chyba w tamtym momencie najważniejszy, to ludzie - wiesz, jak jest na wsi - każdy o każdym wszystko wie, a nawet wie więcej niż Ty sama, odzwyczaiłam się od tego, ale dziś już się nie przejmuję, bo nikt mojego życia za mnie nie przeżyje. Po drugie - wszędzie daleko - gdziekolwiek nie chciałabym się wybrać, to muszę dojechać - nie będę wspominała nawet o jakichś atrakcjach - basen, łyżwy, czy głupie lody. Po trzecie - zakupy - uwierz mi na słowo, że są takie rzeczy, których do tej pory nie znalazłam tutaj na miejscu, nawet w mieście. Męczące to bardzo, zwłaszcza jeśli jesteś przyzwyczajona do pewnej grupy produktów, a tu nagle ich po prostu nie ma. Po czwarte - nadal zakupy, ale w sensie dowozu do domu - raz w miesiącu robiłam wielką listę zakupów, otwierałam stronę sklepu na "T" i zamawiałam z dowozem do domu. O, jaka to oszczędność i czasu i pieniędzy. Tutaj wszystko się zmieniło, uczyłam i nadal uczę się tego życia na nowo. Z pomocą jednak przychodzą sklepy internetowe, w których składam zamówienie i bez problemu artykuły są dostarczane do domu. Przykładem może być sklep Bee - kupisz tu kosmetyki naturalne, zdrową żywność, artykuły do domu, a nawet książki. 


100% pasta orzechowa, czarna pasta do zębów, czy kaszka zbożowa, to artykuły, o które pytają u nas w domu wszyscy. W ciągu dosłownie kilku dni 3 razy znajomi pytali o czarną pastę - gdzie kupiłaś, gdzie kupiłaś. Pasta orzechowa jest najlepsza do ciasta. Żurawina i rodzynki idą w ilościach hurtowych, uwielbiamy wszyscy. Napój migdałowy z kaszką jest ideałem. Nowością dla mnie jest ECO mydło, czy płyn do naczyń - obłędny zapach, a obawiałam się, że nie będę czuła nic poza octem, bo z chemią naturalną kojarzy mi się ocet i soda. Żele pod prysznic, scrub do ciała - klikasz "do koszyka", robisz przelew i czekasz na paczkę. Nie wiem, czy Ty też tak masz, ale ja zawsze się jaram każdą nawet najmniejszą przesyłką. Ile to radości, kiedy niby wiesz, a jednak udajesz, że nie i rozpakowujesz wszystko z uśmiechem na twarzy - uwielbiam ten moment i to udawane zaskoczenie. A kiedy okazuje się, że w pudełku są jakieś gratisy, to włącza się we mnie gen "typowej grażyny" i opowiadam wszystkim, jak to dostałam błyszczyki do ust w pudełeczku od miodu i w pszczółce, jak to D. ucieszył się z Yerba Mate w puszce, bo mógł rozpocząć dzień bez kawy i jaka gorzka jest zielona herbata bez cukru. No żyć nie umierać. Kupować i cieszyć się z drobnostek. Doceniać. Doceniać nawet podczas zakupów.




Powroty są trudne, ale z czasem się wszystko układa. Nabiera rozpędu. Niby stare, a tak kompletnie nowe, bo niby stare  bloki, ale kiedyś, to ja szłam do mamy, a teraz sama nią jestem. Na wszystko przychodzi czas, trzeba tylko go sobie dać i pozwolić na spokojnie przyzwyczaić się do nowego. Bo nowe, nie oznacza, że gorsze - często nowe od początku jest lepsze, tylko nie potrafisz tego dostrzec. I nawet, jeśli na wsi brakuje Ci sklepu i artykułów, które w nim kupujesz, to żyjesz w czasach, kiedy praktycznie nie ma przeszkód, a wszystko jest dostępne dosłownie za rogiem. 
DŁUGIE, JESIENNE WIECZORY

DŁUGIE, JESIENNE WIECZORY

Przyszła jesień. Długie, nudne wieczory. Próby zorganizowania dzieciom czasu tak, żeby się wymęczyły i żeby się nie nudziły. Pamiętam, jak w pierwsze długie popołudnia pisałam na facebooku, że kompletnie nie wiem, co począć z tymi moimi bąblami, że się nudzimy, że nie ma, co robić. Zaczęłam nawet kombinować, czy może nie zapisać dzieci na jakieś zajęcia dodatkowe, ale zdałam sobie sprawę z tego, że to będzie rozwiązanie, w którym ja nie będę brała udziału, a skoro jestem w domu, to spędźmy ten czas razem. Miałam jakiś kryzys twórczy i dopiero po kilku dniach wpadłam na pomysł, że przecież możemy razem gotować, robić kartki na święta, czytać, czy grać w gry. Wtedy też przypomniało mi się, że jakiś czas temu dostaliśmy nowości od Wydawnictwa Babaryba - książki przeleżały lato, bo latem, to z czytaniem bywa różnie, ale teraz okazały się świetnym pomysłem. Zerknijcie jakie nowości pojawiły się w ofercie wydawnictwa.


1. Jedź! Jedź! Stój! - Charise Mericle Harper - nie dość, że świetnie uczy kolorów, to wprowadza zagadnienie sygnalizacji świetlnej. Pojawiające się kropki idealnie odzwierciedlają światła, każda informuję, co powinniśmy robić, kiedy widzimy dany kolor. Naprawdę fajna i rozwijająca pozycja. Kajetan jest nią zachwycony, zwłaszcza, że są tam koparki, betoniarki i wszystkie inne ciężkie sprzęty. Myślę, że to dobry prezent na Mikołajki albo jako dodatek do prezentu świątecznego. Chłopcy będą zachwyceni.




2. Super M - Dawid Ryski - bardzo prosta i mądra książka. Uwielbia ją Matylda. Czytamy ją chyba najczęściej. Przekazuje sporo wartości, pokazuje, ile każda mama jest w stanie zrobić, dodaje skrzydeł, kiedy dzieci na koniec krzyczą:"to mama" - widać, że doceniają ogrom pracy, jaki jest przed mamą każdego dnia. Mama superbohaterka, każda z nas chyba powinna się nią czuć, każda z nas powinna czuć, że ktoś widzi nasze zaangażowanie, a nie ma lepszych krytyków niż dzieci. Proste słowa, dużo miłości. Czytajcie, ja się wzruszam za każdym razem.




3. Amory, zaloty i podboje - Szymon Drobniak & Maria Łepkowska - to już kolejna książka napisana w bardzo przystępny sposób na temat spraw, o których trudno się mówi. Wcześniejsze Pupy i Gęby doprowadzały nas do łez, ze śmiechu oczywiście, tu nie jest inaczej. Książka raczej dla starszego dziecka, ale powiem Wam szczerze, że Matylda bardzo lubi słuchać o tym, jak zwierzątka się rozmnażają, jak z kwiatka powstaje kwiatek. Myślałam, że do czytania tych książek będziemy musieli jeszcze poczekać, okazuje się, że jednak nie, bo jeśli dziecko ma jakąś zajawkę, to warto w nim rozwijać te zainteresowania. A i Kajetan nie pozostaje obojętny, bo wszystkim ilustracjom przygląda się z dużą aprobatą.




4. Jedziemy na wycieczkę - Peter Knorr & Doro Gobel - książki bez tekstu są o tyle fajne, że za każdym razem możemy wymyślać nowe historie, bardzo mocno możemy rozwijać wyobraźnię dziecka i jego kreatywność. Jest las, jest wycieczka, jest ognisko. Same przygody i atrakcje, bo co może być lepszego od obcowania z przyrodą. Są konie, są łódki, są też rowery. Można się bawić, można korzystać. Wspólnie opowiadać i szukać ukrytych małych obrazków - tak najbardziej lubią czytać właśnie tę pozycję Kajetan i Matylda.




5. Statki, łodzie, motorówki - Peter Knorr & Doro Gobel - kolejna obrazkowa pozycja. Tu jednak akcja rozgrywa się na wodzie, więc poznać możemy różne sprzęty wodne. Możemy wejść na jeden z pokładów i poczuć się jak na rejsie. Dużo się dzieje - możemy iść na lody, do kawiarni, możemy popływać kutrem, pontonem czy promem. Każdy mały człowiek chciałby przeżyć taką przygodę. Duża ilość pojazdów, duża ilość atrakcji, wszystko to, co lubimy najbardziej. Zostań jedną z postaci i daj ponieść się przygodzie.



Copyright © 2014 ja-matka.pl , Blogger