PLANY DOMOWO REMONTOWE

PLANY DOMOWO REMONTOWE

Wydawać by się mogło, że skoro mieszkamy na nowym już prawie dwa lata, to poza skoszeniem trawy nie mamy nic do roboty. Pewnie by tak było, gdybyśmy mieli worek pieniędzy. Niestety kasy nie mamy, większość prac remontowych robimy własnymi rękami. Czasem mam wrażenie, że już zawsze będziemy mieli coś do zrobienia i pewnie się nie mylę, bo jak skończymy jedno, to kolejne będzie znów wymagało naprawy. Taka jest rzeczywistość. Podwijamy rękawy i do roboty.


Kiedy się wprowadzaliśmy, a musisz wiedzieć, że po odebraniu kluczy mieliśmy na to miesiąc, to robiliśmy wszystko na szybko, żeby było, żeby nie wydać za dużo pieniędzy, żeby móc zamieszkać w miarę ogarniętej przestrzeni. Śmiech na sali, serio. Dzisiaj z perspektywy czasu wiem, jak wiele błędów popełniliśmy, ale to temat na inny wpis. Teraz planujemy, myślimy dziesięć razy, zanim podejmiemy decyzję. Jeśli nie jesteśmy pewni, odpuszczamy. I to jest dobra droga.

Na ten rok, na te wakacje zaplanowaliśmy kilka zmian. Musieliśmy wszystko dobrze przemyśleć, żeby nie wydawać niepotrzebnie kasy, ale też żeby tej kasy nam starczyło na to, co sobie wymyśliliśmy. 

Koniecznością okazało się powiększenie podjazdu pod domem, bo jedno auto stało zawsze w błocie. Nie dość, że był problem z wsiadaniem i wysiadaniem, to jeszcze auto się mogło zakopać. Podjazd - jest! I powiem Ci szczerze, że nigdy w żuciu nie podejrzewałam siebie o taką radość z położenia kilku kostek polbruku. Cieszyłam się jak dzieciak.

Przedpokój nie wyglądał źle, ale był smutny i nie taki o jakim marzyliśmy. Małym kosztem postanowiliśmy go ożywić. Jest już prawie gotowy, na pewno niebawem pokażę Ci go w całej okazałości. 

Ogród, to moja zmora. Wiem, czego chcę, ale ani fundusze, ani moje zdolności ogrodnicze mi na to nie pozwalają. Działam bardzo instynktownie, czytam i próbuję swoich sił w ogrodnictwie. Na razie idzie mi słabo, ale siedziska z palet już mamy, czekam na ciepły wieczór i wypijamy razem z M. pierwszą lampkę wina na tarasie. 

Kuchnię chciałam naprawić, jak tylko zobaczyłam te okropne grafitowe płytki na podłodze i żałuję, że tego nie zrobiliśmy od razu. Trudno, podłogę wymienimy, jak będziemy wiedzieli, co ma na niej być. Teraz zajęliśmy się naprawieniem krzywego blatu, położeniem płytek na ścianie, których bardzo nie chciałam, a jednak to one zrobią klimat. Kuchnia będzie spełnieniem moich marzeń. Już nie mogę się doczekać, kiedy będzie gotowa. 

W salonie wciąż nam brakuje idealnego dywanu i stolika. Stolik mamy już w głowie, muszę tylko przekonać M., że warto go zrobić już, teraz. Wymarzony dywan kosztuje zbyt dużo, więc szukam alternatywy.

Podłoga na strychu, to praca na jesień, żeby móc w końcu odgruzować naszą małą toaletę, koniecznie musimy położyć deski u góry. Po cichu liczę, że kiedyś będzie tam nasza sypialnia. <3 Stąd pomysł na drewnianą podłogę. 

Toaleta na dole - maleńkie pomieszczenie, w którym obecnie jest nasz składzik budowlany. Była już gotowa do użytku, ale ze względu na brak miejsca na wszystkie zaprawy, narzędzia i farby, to stwierdziliśmy, że właśnie to pomieszczenie wykorzystamy. Oczywiście po wyniesieniu z niej wszystkiego konieczne będzie malowanie i naprawienie kilku dziur w ścianach, ale w końcu będziemy mogli funkcjonować na dwie łazienki. 


Bardzo chcieliśmy odgrodzić się od drogi i sąsiada obok - niestety nasze wymarzone ogrodzenie jest tak kosztowne, że musi jeszcze poczekać na kilka srebrników. Ogrodzenie będzie, w bliżej nieokreślonej przyszłości. Tymczasem M. zbudował prowizoryczny płot między tyłem a przodem domu, żeby dzieciaki mogły swobodnie bawić się na dworze. Do zrobienia jest jeszcze mnóstwo prac, ale ogarniemy z czasem. Priorytetem są schody, bo na betonie zniszczyliśmy już sporo skarpetek. Będzie pięknie, w końcu w to wierzę.

Byłoby cudownie, gdybyśmy mieli worek pełen monet, gdybyśmy mogli wprowadzić się do wykończonego domu, gdybyśmy nie musieli zastanawiać się czy wakacje, czy może schody. Jest jednak inaczej, dlatego cieszymy się tym, co mamy i małymi krokami dążymy do celu. Swoją drogą, ja bardzo lubię remontować, więc taki stan mógłby trwać i trwać, tylko żeby pieniędzy nie ubywało. I dziwię się tylko, że M. mnie jeszcze nie udusił. 
NIE MUSISZ BYĆ NAJLEPSZA

NIE MUSISZ BYĆ NAJLEPSZA

Nie musisz być najlepsza, nie powinnaś nawet - lepiej być przeciętną, ale uśmiechniętą, pewną siebie. Bądź najlepsza w byciu sobą, za to możesz dostać Oskara. Bycie sobą, to najważniejsza rola w Twoim życiu. Bądź z siebie zadowolona, wierz w siebie i w swoje możliwości. Pamiętaj, możesz wszystko. 


Jaram się Tobą. Jaram się, kiedy mogę scałować Twoje łzy z policzków, kiedy mogę ukoić Twój ból. Kiedy rzucasz ze złości żelkami, bo matka zjadła dwa, a miała wziąć jednego. Jaram się Tobą, kiedy się wstydzisz, kiedy jesteś odważna, kiedy robisz kolejny krok do przodu, kiedy sama prosisz panią w przychodni o kubek do wody. Jaram się, kiedy krzyczysz, że jestem głupia i tak bardzo mnie wtedy nie lubisz, kiedy nie chcesz się przytulać i kiedy wisisz na mnie jak niemowlak, bo się stęskniłaś. Jaram się, kiedy prosisz, przepraszasz, dziękujesz, kiedy mi rozkazujesz i kiedy czegoś ode mnie oczekujesz. Kiedy tulisz swojego braciszka i kiedy nie chcesz się z nim bawić. Kiedy kubek nie ten i woda za ciepła. Jaram się, kiedy jesteś sobą i pokazujesz swoje prawdziwe oblicze. Jaram się Tobą i Twoimi emocjami. 

Coś Ci opowiem, Córeczko.

Kiedy byłam jeszcze mała, kiedy nie znałam się wcale na tym świecie, to chciałam być duża, bo tak to już jest, że zawsze chcemy tego, czego mieć nie możemy. Poszłam do szkoły, uczyłam się dobrze, bardzo dobrze. Niewiele musiałam poświęcać czasu na naukę, wiedza sama wpadała mi do głowy. Tabliczka mnożenia? Proszę bardzo. Czasy w angielskim? Żaden problem. Występy na scenie? Ależ owszem. Jakoś tak się działo, że byłam najlepsza - nie dlatego, że się spinałam i starałam, nie dlatego, że rodzice tego ode nie wymagali, zwyczajnie tak było. Z zachowaniem czasem miałam problem, bo mówiłam zbyt dużo, pyskowałam. Przywykłam do tego, że każdy mnie chwali, nie robiło to na mnie większego wrażenia. Znałam swoją wartość i chyba trochę obrosłam w piórka. Byłam najlepsza. Poszłam na studia, tam nie było już tak łatwo, mimo to dałabym radę, ale kasa... Musiałam zrezygnować. I tu zaczęły się schody, bo z dnia na dzień przestałam wierzyć w siebie. Siadłam na tyłek i miałam ogromny problem, żeby się podnieść. Bo jak to tak, ja bez studiów? Wtedy mi się wydawało, że studia są wszystkim, że dzięki zdobytej wiedzy będę miała pieniądze i pracę. Patrzyłam na swoje koleżanki i kolegów tych słabszych w nauce i czułam się jak totalne zero, bo przecież to ja byłam najlepsza. Poszłam do pracy, po kilku miesiącach awansowałam, to dodało mi skrzydeł, bo uwierzyłam, że nawet bez szkoły mogę coś osiągnąć. Później pojawiłaś się Ty i moje priorytety się bardzo zmieniły. Owszem, wracała myśl, że może warto by było iść na te studia, ale nie dla pracy, a dla samej siebie, dla moich ambicji. Nie wykluczam, że może jeszcze kiedyś, ale dziś, to Ty i Twój brat jesteście najważniejsi. Zmieniłam się, przestałam myśleć o tym, że bycie najlepszym jest fajne, bo tak - mega jest słuchać, że jesteś taka super, że zawsze dajesz sobie radę i w ogóle, ale nie to definiuje ludzi. Nie bycie najlepszym!

Chcę Ci Córeczko tym postem powiedzieć, że nie musisz być najlepsza. Dla mnie już jesteś. Dla innych nie musisz. Bądź najlepsza dla siebie, to będzie najważniejsze w przyszłości. Bądź przeciętna, wystarczająco dobra, wtedy więcej osiągniesz, bo nie spoczniesz na laurach, a wszystko zdobędziesz swoją ciężką pracą. Pamiętaj, że nie jest ważne, czy będziesz kucharką, lekarką, czy innym naukowcem, ważne jest to, żebyś lubiła siebie, bo wtedy samo wszystko się będzie układać. I wiesz co Malutka? Bardzo żałuję, że nie wiedziałam tego wszystkiego kilkanaście lat temu, teraz byłabym tym, kim chciałam być kiedyś. Bądź odważna i śmiało krocz przez życie. Wszystko jest w zasięgu Twoich rąk.

Teraz moja kolej, teraz ja udowodniam sobie, że ciężką pracą osiągnę więcej, niż piątkami w szkole. Życz mi powodzenia, bo chciałabym, żebyś była kiedyś ze mnie dumna.
KIEDY PADA DESZCZ - CZYTAMY Z BABARYBĄ

KIEDY PADA DESZCZ - CZYTAMY Z BABARYBĄ

Zimowy maj, chłodny czerwiec. Pogoda póki co nas nie rozpieszcza. Gramy w gry, układamy puzzle, oglądamy bajki. Standardowo czytamy książki. Czasem czytam Mati, czasem Kajtkowi, ale zdarza się, że obydwoje zainteresuje jakąś książką, wtedy jest najlepiej, bo nie muszę się dzielić. Mamy kilka nowości. Chodź, zobacz, czym się teraz zachwycamy.


MIASTONAUCI - Tytus Brzozowski - ulubiona książka graficzna Kajtka. Zadziwiające jest to, że taki mały człowieczek ma taką dużą potrzebę chłonięcia wiedzy. Pyta o każdy szczegół - słyszysz to słodkie:"cio to?" - miód na matczyne serce. Pyta po sto razy o to samo, a ja setny raz odpowiadam to samo i obydwoje się jaramy - ja, bo uczę, on, bo się uczy. Wyobraźnia działa, każda strona książki, to opowieść o chłopcu, dziewczynce, o pingwinie. Zabudowania polskich miast na kartonowych stronach książki. Jestem pewna, że każdy w tej książce znajdzie coś dla siebie, pod warunkiem że lubisz opowiadać historie, a jeśli nie, to odpowiadaj na kolejne:"cio to?" jak ja.






CZY POLUBISZ MOJĄ BREJĘ? - Mo Willems - to kolejna część przygód słonia Leona i świnki Malinki. Dużo śmiechu, dużo pozytywnej energii i za jakiś czas świetny materiał do nauki czytania. Krótkie zdania sprawdzą się idealnie do składania pierwszych sylab. Malinka i Leonek są bardzo różni - on rozważny, ona raczej zwariowana - mimo to przyjaźnią się, uwielbiają i chętnie spędzają ze sobą czas. Nauka tolerancji, zrozumienie i duża dawka śmiechu, tak w skrócie mogę opowiedzieć historię świnki i słonia. 






OCH! Książka pełna dźwięków - Herve Tullet - kolejna interaktywna książka, którą uwielbia Matylda. Zakochana jest co prawda w Turlututu, ale te książkowe tablety też są bardzo fajne. Poznajemy się, rozmawiamy, powtarzamy, to dzieciaki wciąga najbardziej. OCH - niebieska kropka, która przeprowadza nas przez całą książkę. OCH, ACH, ŁAŁ - wyrazy dźwiękonaśladowcze, które wykorzystywane są bardzo często podczas ćwiczeń logopedycznych. Czytając książki Tulleta jesteśmy w pełni zaangażowani, działamy i nie siedzimy cicho - nie są to książki do czytania przed snem. Kolorowe, pobudzające wyobraźnie - dzieciaki takie lubią najbardziej.




ZAWSZE SŁUCHAJ SWOJEGO DZIECKA

ZAWSZE SŁUCHAJ SWOJEGO DZIECKA

Nasza przygoda z przedszkolem zaczęła się rok temu w kwietniu. Matylda najpierw chodziła dwa razy w tygodniu, od wrześnie była już pełnoprawnym przedszkolakiem. Chodziła zawsze chętnie, nie miała problemów z adaptacją, lubiła dzieci, zajęcia i panie. Czuła się dobrze. Mi to wystarczało, bo jej samopoczucie jest najważniejsze. Ja i kilkoro innych rodziców mieliśmy sporo zastrzeżeń, ale dopóki nie odbijało się to na dzieciach, to nie było tragedii. Do czasu.


Mati chorowała i choruje nadal, więcej jej w przedszkolu nie ma niż jest. Miała kilka długich przerw, ale za każdym razem chętnie wracała. Pisałam Ci kiedyś o Blance, nadal jest najważniejsza, nadal jest w naszym życiu. Dziewczynki się spotykają, kłócą, przepychają, ale dla siebie są najważniejsze. Kiedy w przedszkolu zaczęło dziać się źle, poprosiliśmy o spotkanie z dyrekcją - odbyło się, zmiany zostały wprowadzone, to był kwiecień. Mati cały kwiecień siedziała w domu, bo miała mieć zabieg - w tym samym czasie w przedszkolu jedna duża grupa została podzielona na dwie mniejsze. Dziewczynki zostały rozdzielone. Rozmawiałam o tym z Matyldą, próbowałam jakoś przygotować, ale gdzieś tam z tyłu głowy miałam myśl, że przecież mogę Matyldę przenieść do młodszej grupy.

Powrót do przedszkola. Wielkie rozczarowanie. Nagle Matylda nie chce chodzić, nie podoba się jej, nie widzę w niej tego entuzjazmu, który był wcześniej. Chciałam dać jej kilka dni, żeby przywykła, żeby zrozumiała, ale się rozchorowała, więc temat odszedł w zapomnienie. Początek czerwca i kolejny powrót do przedszkola. Tydzień wyjęty z życia - problemy, nerwy, stres, łzy. Codzienne wieczorne krzyki, że Mati nie chce chodzić do przedszkola, że się nudzi, że jest zmęczona, chora i wszystko ją boli. W czwartek rano apogeum - krzyk, wynoszenie z domu, stres, płacz. Wykrzyczane w łzach w aucie:"tyle razy mówiłam, że tęsknie za Blanką". Moja chęć przeczekania była bezsensowna, skoro wiedziałam, że Matylda może być w grupie z Blanką. Owszem miałam sporo obaw, bo to jednak grupa dzieci młodszych, ale w ostatecznym rozrachunku stwierdziłam, że emocje Mati są ważniejsze, niż to, że ma być z dziećmi ze swojego rocznika. Pisać będzie się uczyć w szkole, przedszkole ma się dobrze kojarzyć, ma być beztroską, mimo że z innymi zasadami niż w domu. W sobotę mieliśmy piknik - dzień rodzinki. Było mega fajnie. W niedzielę odpoczywaliśmy. Wczoraj Matylda miała być ostatni raz w swojej starej grupie. Tak byłyśmy umówione, ja miałam dograć szczegóły z Panią Dyrektor. Pod przedszkolem Blanka, idą dziewczynki za rączkę, śmieją się, żegnają ze ślimakami i nagle bam, bo trzeba się rozdzielić. Matylda w płacz, widzę te małe oczka, obiecuję, że to ostatni dzień osobno, że przecież nie mogę sama zadecydować i przenieść jej do innej grupy... Wyszłam ze łzami w oczach. Przyjechałam do domu, włączyłam monitoring i wyłam do kompa, serio. Nie zjadła śniadania, była smutna, nie bawiła się, błąkała po sali. Już miałam po nią jechać, już miałam ją zabrać i przytulić, ale dostałam maila od Pani Dyrektor, że za moment Panie przeniosą Matyldę do grupy MOTYLKÓW. Nie widziałam momentu przejścia z sali do sali, ale kiedy zobaczyłam szczęśliwą Matyldę, kiedy zobaczyłam, jak biega z dziećmi, kiedy widziałam obydwie dziewczynki razem, to wiedziałam, że jest to najlepsza decyzja, jaką podjęłam. Żałuję tylko, że uparłam się na to tygodniowe przeczekanie. Totalnie bez sensu.

Nie byłam świadoma tego, jak bardzo Matylda to wszystko przeżywa. Wczoraj po powrocie do domu było jak dawniej. Spokojnie. Normalnie. Był uśmiech, nie było złości, nerwów. Pytała mnie chyba trzydzieści razy, czy na pewno jutro też idzie do Blanki grupy, a chwilę przed zaśnięciem powiedziała:"mamusiu, możesz mówić do mnie motylku, bo przecież jestem motylkiem". Jesteś córeczko! Rano w aucie upewniała się, że nadal jest w MOTYLKACH. Chętnie poszła jak kiedyś. Bez stresu. Morał z tego taki, że zawsze, absolutnie zawsze trzeba słuchać dziecka. Ono wie, co czuje, ono wie, czego chce. Choć nie zawsze umie dokładnie powiedzieć, to patrzmy i obserwujmy, bo czasem najmniejszy sygnał może być początkiem dużego problemu. Bądź czujna i działaj, nie czekaj, bo problem sam się nie rozwiąże. To, co dla Ciebie jest błahostką, dla dziecka może być największą tragedią.
POMYSŁ NA SZYBKI OBIAD

POMYSŁ NA SZYBKI OBIAD

Nie mam w sobie jeszcze nawyku gotowania obiadu zaraz po tym jak wstanę. Uczę się dopiero bycia perfekcyjną gospodynią. Z różnym skutkiem oczywiście. Kiedy nie ugotuję obiadu na kilka dni, albo kiedy właśnie dziś będę gotować, to potrzebuję czegoś szybkiego i sprawdzonego. Kiedyś na szybko robiłam naleśniki - znudziły się, musiałam zmienić repertuar. Uwielbiamy makarony, więc to nimi się posiłkujemy. Mamy kilka sprawdzonych przepisów, ale jeden szczególnie lubimy. Jeśli nie masz pomysłu na obiad i nie chcesz siedzieć w kuchni przez kilka godzin, to ten przepis jest dla Ciebie. 


Tak, tak, to makaron ze szpinakiem. Nic odkrywczego, ale smaczne i zdrowe. Bardzo lubimy. 

Przygotuj:
- makaron
- szpinak
- czosnek
- serek mascarpone
- ser parmezan/mozarella
- pestki dyni
- odrobinę oliwy
- sól i pieprz. 

Wstaw makaron - ugotuj tak jak lubisz najbardziej - u nas miękki. Na patelnię wlej oliwę i podsmaż delikatnie posiekany czosnek. Wrzuć do tego szpinak i duś na małym ogniu przez kilka minut, kiedy szpinak będzie już gotowy do całości wrzuć serek mascarpone (około 150g) - roztopi się i będzie pysznym sosem - przypraw na koniec solą i pieprzem - przypraw wrzucam sporo, żeby szpinak nie był mdły. Do całości wrzucam garstkę startego sera - sos nabiera fajnej konsystencji. I gotowe. Podaję na dwa sposoby, bo ile żołądków, tyle gustów.

Dzieciakom wrzucam makaron na talerz, polewam sosem i posypuję serem, tak jedzą najchętniej. 
Ja znów bardzo lubię, kiedy makaron jest cały w sosie, więc wrzucam do sosu, mieszam i na talerzu posypuję serem - jeśli mam do jeszcze posypuję prażonymi migdałami - tak smakuje mi najlepiej.

Korzystajcie, smacznego. 



CZASEM CZUJĘ SIĘ JAK GÓWNO

CZASEM CZUJĘ SIĘ JAK GÓWNO

Nie patrz tak na mnie. Przecież wiem, że też tak masz. Każda z nas ma. Przychodzi ten czas, kiedy każda z nas nie wyrabia. Nie ma siły. Pojawia się zmęczenie, huśtawka nastrojów. Masz ochotę gryźć, krzyczeć. Gdybyś tylko mogła, gdybyś to do końca rozumiała. Matka natura z nas zadrwiła. Pokazała, że to ona rozdaje karty. A Ty, Ty możesz się tylko dostosować, albo zajść w ciążę...


Wstaje zmęczona, zasypiam zmęczona. Wstaję wściekła, zasypiam wkurwiona. Bez kija nie podchodź. Serio. Sama siebie nie ogarniam. Od rana na wkurwie. Ciepło? Źle. Zimno? Jeszcze gorzej. Herbata za mało słodka, pomidor za słony. Wszystko nie tak. Zwykłe "cześć" potrafi rozpieprzyć cały dzień, bo ton głosu nie taki, bo za mało uśmiechu. Bo "chyba wstałaś lewą nogą" - nie, nie wstałam, zwyczajnie okres mi się zbliża - zejdź mi z oczu, proszę. Najlepsze jest jednak "no co ci jest?" - kiedy widzę ten wzrok, te oczy ze znakami zapytania w środku, kiedy słyszę ten głos i jakby w zwolnionym tempie wszystko dociera, to mam ochotę kąsać. Czy to tak trudno zrozumieć, że przychodzą te dni, że czekanie na oczyszczenie jest takie trudne. Boli głowa, kręgosłup, chce Ci się spać. Wszystko doprowadza do szału. Wydzieram się jak opętana. Zaraz się śmieję. Płaczę i się smucę, a za chwilę jestem szczęśliwa, to jak jakaś choroba dwubiegunowa chyba... Dzieci ciągle czegoś chcą, ciągle trzeba coś zrobić. Na gębie krosta na kroście, w lustro patrzeć nie mogę. Serio? To musi tak wyglądać?

Wiem spieprzyłam - znów się wydarłam. Nie radzę sobie. Emocje mną targają. Mam ochotę walić głową w ścianę. Nie robię tego tylko dlatego, żeby dzieci nie przestraszyć. Dostają po dupie najbliżsi, bo są pod ręką, bo tak najłatwiej. Nie uwierzę, że Ty masz inaczej, a jeśli tak, to szacun. Nie wiem, jak Ty to robisz. Zdradź mi swój sekret. Proszę.

Nie lubię siebie przed okresem. Wkurwiam sama siebie, nie rozumiem i nie umiem nad sobą zapanować. Staram się, ale gówno - nic mi nie wychodzi. W domu syf, obowiązków niby tyle samo, a jednak jakby pięć razy więcej. Czekam na TEN dzień jak na zbawienie. Tylko co z tego, jak za miesiąc znowu to samo. Dlaczego to tak? Nie znalazłam jeszcze sposobu, ale znajdę i zarobię na tym miliony. Wiesz co mnie pociesza? Że nie jestem sama, bo Ty, Ty i Ty też tak macie. Jedna mnie, druga bardziej, ale każda z nas ma PMS.

Czasem czuję się jak gówno, bo zwyczajnie nie daję rady. Chciałabym, ale nie mogę. Staram się, ale nie zawsze mi wychodzi. Chcę, ale brakuje mi możliwości, a kiedy są możliwości, to już mi się nie chce...

Dwa dni w spa, odpoczynek, wino, lody, czekolada i inne śmieciowe żarcie, tylko to trzyma mnie przy życiu, tylko dzięki temu ogarniam. No dobra, z tym spa żartowałam niestety.
OCARRO - OLBRZYM, KTÓRY DAJE RADĘ

OCARRO - OLBRZYM, KTÓRY DAJE RADĘ

Ocarro od Mamas&Papas, to spory wózek o bardzo fajnym wyglądzie. Wzbudza zainteresowanie, kilkakrotnie pytano mnie na ulicy, co to za model. Fakt, jest dość wyrazisty i wpada w oko - zwłaszcza połyskująca rama. Testowałam spacerówkę - niżej możesz zobaczyć jakie ten wózek ma plusy i minusy. 


Zacznę od plusów, bo jest ich zdecydowanie więcej. Muszę Ci powiedzieć, że coraz częściej się łapię na tym, że dobrze się czuję przy sporych wózkach. Kiedyś kompletnie ich nie czułam, teraz dostrzegam pozytywy. Pierwszym i niezaprzeczalnym plusem jest siedzisko rozkładane na płasko. Kajetan bardzo lubił w nim spać, widać, że było mu wygodnie. Mimo sporych wymiarów jest w miarę lekki, a to dzięki aluminiowemu stelażowi. Duże, piankowe i amortyzowane koła, to kolejny plus, bo dzięki temu wózek prowadzi się bardzo lekko. Standardem jest też obszerna budka, która dodatkowo ma siateczkowy tył ułatwiający dopływ świeżego powietrza. Duży kosz na zakupy, regulowany podnóżek i możliwość zamontowania siedziska przodem i tyłem do kierunku jazdy. Wózek byłby ideałem, gdyby nie kilka drobnych minusów.



Co z tymi minusami? Cena, nie jest może bardzo wygórowana, ale za spacerówkę trzeba jednak zapłacić około 2400 zł, sporo. Rączka wózka w najniższej pozycji jest dla mnie za wysoka, owszem nie należę do najwyższych, ale nigdy wcześniej w żadnym wózku nie sprawiało mi to takiej trudności, jak tu - miałam problem z manewrowaniem, ale już Michał takiego problemu nie miał, bo rączkę dostosował do swojego wzrostu. Dość duży rozmiar wózka po złożeniu, mimo że spacerówka składa się razem ze stelażem, to jednak gabaryty są spore, ale nie jest to jakoś bardzo uciążliwe.



Podsumowując. Ocarro, to wózek, którym spokojnie możesz jeździć w mieście, ale da też bez problemu radę w terenie. Ocarro jest wózkiem 3w1 - możesz go kupić z gondolą i fotelikiem samochodowym. Wózek do kupienia w 4KIDS.
Copyright © 2014 ja-matka.pl , Blogger