JAK NIE MONTOWAĆ BLATU

JAK NIE MONTOWAĆ BLATU

Wielokrotnie pisałam, że część rzeczy, które robiliśmy urządzając dom, były na chwilę. Inaczej miało być z kuchnią i łazienką - oba te pomieszczenia miały być zrobione od razu na 100% - nie udało się. Łazienka jest nadal bez umywalki, z niedokończonymi płytkami, kuchnia miała źle przycięty blat i okropną podłogę. Zbieraliśmy, ciułaliśmy - udało się. Jest kasa na blat. Chciałam zwykły, czarny blat. Znalazłam. Zamówiłam. Czekałam na dostawę. 

Zamówiłam bezpośrednio u producenta. Wybrałam czarny, matowy, z delikatną strukturą - O TAKI. Blat dojechał szybko, swoje musiał odstać, wiesz- nabierał mocy urzędowej. W między czasie położyliśmy płytki na ścianie, brakowało już tylko wymarzonego blatu. Zaczęliśmy poszukiwania fachowca do zamontowania blatu. Powiem Ci, że byłam pewna, że będzie z tym problem, bo komu się będzie chciało robić sam blat, a tu niespodzianka, bo chętnych było kilku. Postanowiliśmy wziąć kogoś z polecenia, bo przecież tak najłatwiej. Przyjechał fachowiec, obejrzał, wymierzył, sprawiał wrażenie ogarniętego. Za kilka dni przyjechał z blatem. I się zaczęło. 


Chłopak zamocował blat. Schodzę do piekarnika, bo piekło się ciasto - piekarnika nie mogę otworzyć - blat źle docięty. "O jak dobrze, że Pani piekła akurat, to mogę przyciąć jeszcze" i dociął, ale tak, że "będę to musiał woskiem przejechać, bo mi się nie podoba, podjadę któregoś dnia" - rzekł pan fachowiec. Otwierałam oczy coraz szczerzej i nie wierzyłam w to, co do mnie mówił. Czekałam spokojnie, aż skończy. Myślę sobie, dobra, oddychaj, spokojnie. Ale za nic nie umiałam być spokojna, bo to mój wymarzony blat, moja piękna kuchnia właśnie została spieprzona. Gotowałam się. Chłopaczek nitro w słoiczku mi zostawia do czyszczenia silikonu, uwierz mi, silikon był wszędzie, ale takie ilości, że pewnie ze 3 blaty tej wielkości bym obrobiła. To naprawdę jest nic, bo jak odjeżdżał, to blat był tak poobklejany taśmą, że nic bym tam nie zauważyła, ale dało mi do myślenia jego "strasznie kruchy ten blat, słaba jakość materiału" i zaczęłam patrzeć. To, co zobaczyłam, to totalny śmiech na sali. Uszkodzony laminat prawie na każdym łączeniu i przy samych ścianach. Zniszczone nasze szafki, bo jakoś słabo wychodziło panu docinanie. Płytki upieprzone tak, że do dziś nie jestem w stanie ich doprowadzić do porządku. Cuda pokazały się też pod silikonem. Jednym słowem dramat. Jak się pewnie spodziewasz, kuchnia w dalszym ciągu jest nie dokończona. Żyjemy w takim remontowym syfie już 3 miesiące, blat miał być ostatnią rzeczą, którą zrobimy i zacznę się cieszyć moją cudowną kuchnią. Tu półeczki, tu zegar, tu jakaś tacka, tu kilka słoiczków, a tym czasem boję się robić cokolwiek, bo kompletnie nie wiemy, co dalej. Nie mamy innego wyjścia, jak chyba zamówić nowy blat. To wszystko totalnie nie mieści mi się w głowie. Zawsze myślałam, że te wszystkie programy typu "usterka", to ustawieni fachowcy, guzik prawda, to się dzieje na prawdę. Co do jakości blatu, to ciężko mi się wypowiedzieć, ale skoro silikon ścierałam z niego dość ostrym narzędziem, to chyba nie może być aż taki kruchy i wykonany ze słabego materiału.

Każdy, kto mnie zna, wie, że jestem perfekcjonistką i takie ubytki będą mnie wkurzały tak długo, jak ten blat będę widziała. Poza tym wiesz, jeśli ktoś się bierze za robotę, to chyba wie, co robi. Panu się wydawało, że przymkniemy oko. Ktoś rzucił hasłem, że jak usłyszał, że blat jest do wymiany, to pomyślał, że znając mnie, to jakieś maleńkie pierdółki, a kiedy zobaczył blat na własne oczy, to nie ogarnął, jak można tak koncertowo spieprzyć robotę. Zostawiłam Ci ostatnie zdjęcie na koniec, żebyś miała dokładny obraz tego, co się wydarzyło z moim blatem.


Powiem Ci szczerze, że nie wiem, jak uchronić się przed takimi pseudo fachowcami, bo koleś wyglądał naprawdę na ogarniętego, miał sporo sprzętu, wydawało się, że wiedział, co robi. Poza tym, był z polecenia, więc rozumiesz, dlaczego mu zaufałam. Dobrze, że jest internet i choć trochę można sprawdzić, kogo wpuszczamy do domu.
4 LATA

4 LATA

Był czwartek, na dworze 36 stopni, ukrop. Sala porodów rodzinnych, kilka położnych, lekarze i my - czekający na mały cud. Widzę Cię, leżysz na mnie, wiem, że jesteś, ale kompletnie to do mnie nie dociera. Wlepiam wzrok w jeden punkt, jeszcze do mnie nie dotarło, że jest już po wszystkim. Z tego mojego letargu wyrywają mnie słowa położnej:"11:55 - córka Karoliny, halo, pani Karolino, urodziła pani córkę". Zerknęłam na swój brzuch, a na nim małe, ciepłe ciałko. Tulę i nie wierzę. Przystawiam do piersi - łapiesz i puszczasz. Zaczynasz kwilić. Mówię - ciii... - otwierasz oczy, patrzysz na mnie, uspokajasz się - magia. Zjadasz trochę siary, zasypiasz. Śpisz dobre 10 h. Pielęgniarki nazywają Cię Księżniczką. Ja zaczynam się niepokoić, bo śpisz i śpisz. Lekarz uspokaja, że jest w porządku, że zdążyłaś się najeść przez tą chwilę na trakcie. Każą odpoczywać, bo na pewno się obudzisz. Adrenalina opada, emocje się wyciszają. Zaczyna się nowa przygoda. Nowe życie. Cześć, fajnie, że jesteś!


To wszystko dla Ciebie. Ten tort robiony nocą. Te słoiki przechowywane w szafkach. Te prezenty kupowane po kryjomu. Ta kartka zapisana, żeby było tak, jak opowiadasz. Te truskawki na torcie zdobyte po długich wyprawach. Ten napis zrobiony ostatkiem sił moich. I Ci goście zaproszeni. To wszystko dla Ciebie. 

Daję tyle, ile mogę. Daję też więcej, bo Ty jak nikt inny potrafisz mnie zmobilizować do zmian. Twoja radość, Twój uśmiech, Twoje każde kocham wynagradzają cały trud. Spełniam Twoje marzenia i będę to robić już zawsze, bo chcę, bo wiem, jakie to ważne.

Od czterech lat ciesze się Tobą. Od czterech lat patrzę jak rośniesz, jak się zmieniasz. Od czterech lat jestem szczęściarą, bo jesteś ze mną. Od czterech lat poznaje Cię każdego dnia i ciągle chcę więcej. Nie nudzisz mi się, bo taki wulkan energii nie może się nudzić. Twoja spontaniczność i rozsądek wciąż ze sobą walczą. Pamiętaj, że jesteś najlepsza i wszystko, absolutnie wszystko jest w zasięgu Twoich rąk. Czasie, zwolnij, proszę... Od czterech lat patrzę na Ciebie i pojąć nie mogę, że to Ty, że to Ciebie nosiłam pod sercem. Abstrakcja. Najlepsza abstrakcja w moim życiu.

Bądź szczęśliwa Matyldziu!

JOIE CROSSTER - CZY TO WÓZEK DLA MNIE?

JOIE CROSSTER - CZY TO WÓZEK DLA MNIE?

Duży, porządny i dający radę. Taki właśnie jest Joie Crosster. Jeśli kiedykolwiek mówiłam, że korzystałam z dużego wózka, to się myliłam, bo duży to jest właśnie ten. Mimo to jest idealny. Na nasze drogi, to wózek, który daje radę, jak żaden inny. Może nie jest najpiękniejszy, ale funkcjonalny, a to powinno być najważniejsze. Ma też małe minusy, ale o tym później.


Crosster jest spory, co prawda mieści się w całości do bagażnika, ale ja jako kurdupel miewałam problem z wystawieniem go z auta. Mimo wielkości jest bardzo łatwy w obsłudze, rozkłada się jedną ręką, a to mega ułatwienie, ale żeby nie było zbyt prosto, to guzik do rozkładania jest dobrze ukryty. Nie przeglądając instrukcji można mieć problem z pierwszym rozłożeniem wózka. 




Wielkie, wiecznie pompowane koła i amortyzacja z tyłu, którą możemy sami regulować, to mój hit. Dzięki wielkości kół wózek jedzie sam, nie są mu straszne żadne tereny - wszędzie da radę. Do tego możliwość blokady przedniego koła i możemy wjeżdżać w największe dziury. Hamulec nożny moim zdaniem jest w najlepszym z możliwych miejsc. Dodatkowy hamulec ręczny, który bardzo przydaje się np.podczas jazdy na rolkach i pchaniu wózka - sprawdzone info. Kajtek swoje waży, wózek też i ja na rolkach pierwszy raz od kilku lat - nie pytaj o zakwasy. A, zapomniałabym - kosz na zakupy, który jest duży i łatwo dostępny. 








Budka. Największa, najbardziej przewiewna, do tego z kieszonką. Mistrz. Każda matka ją doceni, każda będzie z niej zadowolona. Siedzisko rozkłada się na płasko, jest możliwość wstawienia do spacerówki fotelika samochodowego oraz gondoli. Regulowany podnóżek i możliwość ustawienia nóg na podstawce. Wszystko to, co każdy wózek mieć powinien.






Wspomniałam o minusach. Po pierwsze waga, jest ciężki, co dla takich krasnali jak ja ma znaczenie. Poza tym kompletnie nie podoba mi się połączenie spacerówki i gondoli - wiesz, wstawiasz gondolę w na płasko rozłożoną spacerówkę, jak dla mnie słabo. Rozumiem z czego to wynika, ale nie przemawia to do mnie. Reszta jest naprawdę w porządku.


Cena spacerówki waha się w zależności od koloru od 1399 zł do 1599 zł. Wózek do kupienia w 4KIDS. Podsumowując, tak, wózek Joie Crosster jest wózkiem, który byłby na mojej liście, gdybym właśnie miała wybierać coś dla swojego dziecka.
CZY W MARKECIE MOŻNA KUPIĆ JEDZENIE Z DOBRYM SKŁADEM?

CZY W MARKECIE MOŻNA KUPIĆ JEDZENIE Z DOBRYM SKŁADEM?

Jestem ogromną fanką osiedlowych sklepików, uwielbiam ten klimat i właścicieli, którzy przekazują sobie sklep z pokolenia na pokolenie. Niestety jest też jeden minus zakupów w takich sklepach, po pierwsze ceny, które są często zbyt wysokie, po drugie asortyment - mały wybór i brak produktów, których szukamy. Żyjemy w czasach, kiedy każdy grosz się liczy, jesteśmy bardziej świadomi, chcemy zaoszczędzić czas. Dlatego najczęściej zakupy robimy w dużych marketach, gdzie półki uginają się pod naciskiem produktów. Mamy tam możliwość wybierania i szukania perełek. Wiesz, że nie jestem jakąś zagorzałą miłośniczką eko jedzenia, jednak mimo to staram się dobierać tak składy, żeby było smacznie i zdrowo, bo słaba dieta niestety ma ogromny wpływ na nasze samopoczucie.


Bardzo się cieszę, że miałam możliwość zapoznania się z nową marką Bio Village z E.Leclerc. Produkty wysokiej jakości, ze świetnym składem, a do tego składniki pochodzące z upraw ekologicznych. Duży wybór produktów - od słodkości, po artykuły chemiczne. W markecie znajdziecie dział ze zdrową żywnością, warto poświecić kilka chwil i wybrać produkty, które będą naprawdę porządne. Owszem, pewnie wszystkim się nie dogodzi, ale kiedy będziecie w E.Leclerc, to zerknijcie na te produkty, które sama polecałam (TU i TU) i przekonajcie się, że warto ich spróbować. 



Przekonałam się do ciemnego makaronu, obłędnie smakuje z zupą pomidorową, którą zrobiłam z pomidorów w puszcze również marki Bio Village. Kiedyś mi się wydawało, że taki makaron nie ma smaku, a żadne danie z niego przyrządzone nie będzie miało tego niepowtarzalnego smaku. Ryż zjadamy namiętnie, lubimy i do zupy i do deserów, a nawet do zwykłego mleka. Największy jednak problem mam z komosą ryżową - wstyd się przyznać, ale ja chyba nigdy jej nie jadłam. I tu liczę na Ciebie, może podsuniesz mi jakiś sprawdzony przepis do czego ją wykorzystać? Słyszałam, że jest pyszna i że jak zaczniemy ją jeść, to końca nie będzie, póki co jeszcze się nie przekonałam. Generalnie warto przyjrzeć się bliżej tym produktom, a ja Cię szczerze zachęcam, bo jestem pewna, że znajdziesz coś dla siebie.

Gdzie robisz zakupy najczęściej? Wybierasz tak jak ja markety, czy jednak jesteś wierna małym, osiedlowym sklepikom?
JAK PRZEKONAĆ DZIECI DO JEDZENIA MUSLI?

JAK PRZEKONAĆ DZIECI DO JEDZENIA MUSLI?

Dzieci, to dzieci - do końca nie zrozumiesz. Czasem mam wrażenie, że one same siebie nie rozumieją. Chcą kanapkę, dostają, już nie chcą. Lubią pomidora, za dwa dni pomidor jest złem koniecznym. I tak jest ze wszystkim. Nie te skarpety, nie ta bluzka, tu metka przeszkadza, tu już nie. I pomyśleć, że każdy z nas był dzieckiem.


Jestem człowiekiem wybuchowym, czasem ciężko mi stłumić swoje emocje, żeby dzieciakom się nie oberwało, ale będąc mamą prawie czteroletniej dziewczynki mam kilka sprawdzonych trików, które używam, kiedy zaczyna się bunt. Najpierw staram się rozmawiać, zrozumieć, ale kiedy Matylda sama nie wie, dlaczego np.nie lubi musli, to zaczynam działać - bez zbędnego gadania. Bo jak wiadomo, im więcej gadam, tym bardziej oddalam się od rozwiązania problemu.

No właśnie. Idąc dalej. Jak przekonać dziecko do jedzenia musli? Mimo że dzieciaki generalnie wszystko jedzą chętnie i tak samo chętnie podchodzą do nowości, to bywa tak, że muszę się trochę postarać, żeby coś zjadły albo chociaż spróbowały. Jedynym i niezawodnym sposobem na przekonanie dziecka do jedzenia czegoś zdrowego jest - pozwolenie się zapoznać z tym, co ma się znaleźć na talerzu. Niech dotyka, wącha, smakuje. Niech przesypuje, rzuca, przekłada. Daję możliwość zabawy jedzeniem, zawsze działa. Piszę tutaj o musli, ale to tyczy się każdego nowego produktu. Gorzej jest, kiedy sama czegoś nie lubię..., ale wtedy zwyczajnie za dużo nie mówię. Tym sposobem przekonałam Mati do spróbowania i później zjedzenia musli. Co prawda zjada je na sucho, ale mi to wystarcza. 

Mamy nowe musli Bio Village z E.Leclerc. Ze świetnym składem, a wszystkie składniki pochodzą z upraw ekologicznych. Są z kokosem, a po otwarciu paczki zapach jest tak obłędny, że ja, które nie lubi musli spróbowałam bardzo chętnie. 4 zboża i suszone owoce, to porządna porcja zdrowia. Nawet, jeśli zjadamy je na sucho. 





Masz swoje sposoby na przekonanie dziecka to zjedzenia czegoś zdrowego? 
JAK TY TO ZROBIŁAŚ, ŻE TWOJE DZIECI TYLE JEDZĄ?

JAK TY TO ZROBIŁAŚ, ŻE TWOJE DZIECI TYLE JEDZĄ?

Jakiś czas temu napisała do mnie kuzynka. Zapytała, co ma robić, bo jej dziesięciomiesięczne dziecko nie jest za bardzo zainteresowane jedzeniem, wybiera pierś, a z pokarmów stałych zjada tylko deserki. Później znajoma zapytała mnie:"jak Ty to robisz, że te dzieci tyle jedzą". Do tego Blanka, pierwsze dziecko w naszym otoczeniu, które od początku miało rozszerzaną dietę metodą BLW. I tak sobie pomyślałam, że może faktycznie robię coś nadzwyczajnego. Pomyślałam, że podzielę się z Wami tą wiedzą tajemną, bo w starciu jedzenie kontra dzieciaki - na razie wygrywamy.


Jest Matylda, jest Kajetan - obydwoje karmieni podobnie, ale było kilka różnic, dzisiaj łączy ich wielka miłość do jedzenia i pochłanianie ogromnych ilości tego, co znajdą na stole. Opowiem Ci, jak to wyglądało z każdym z nich.

Matylda - kp 11 m-cy, wody nie piła bardzo długo, zaczęła w zasadzie po odstawieniu od piersi. Pierwsze pokarmy dostawała łyżeczką albo jeśli była taka możliwość, to w siateczce do jedzenia, żeby mogła sama. Jadła jakieś kaszki, owoce, warzywa. Nie czytałam żadnych książek, rozszerzałam dietę intuicyjnie. Jadła dużo i wszystko - bardzo chętnie. Gotowałam generalnie sama, ale zdarzało mi się też korzystać ze słoiczków. Bardzo szybko pozwoliłam jej jeść samej, dostawała to samo, co my, tylko w wersji bez soli i cukru - układałam jej jedzenie na tacce od krzesełka. Wszyscy się dziwili, że tak dużo je, że tak chętnie. Buraczki, brokuł, papryka - żaden problem. Wszystko, byle dużo. Słodyczy nie jadła prawie do swoich drugich urodzin. Miała kryzysy, ale dzisiaj są tylko wspomnieniem i nauczką na przyszłość. Najlepszą rekomendacją powinno być chyba zapytanie Pani Przedszkolanki:"czy Matylda zawsze tak dużo je" - ze spuszczoną głową odpowiedziałam, że tak. Nie masz pojęcia, jak było mi wstyd, z resztą do tej pory bywa tak, że Mati zjada coś z prędkością światła - wygląda to tak, jakby była wiecznie głodna i nienajedzona. 

Kajetan - kp 18 m-cy, wodę zaczął pić również około roku. Po skończonych sześciu miesiącach zaczęliśmy pierwsze próby z rozszerzaniem diety, skończyły się w zasadzie szybciej niż zaczęły. I tu się nasłuchałam, bo z drugim dzieckiem jest inaczej, bo on na pewno tak chętnie jadł nie będzie. Powiem Ci, że zaczęłam się stresować, bo jak to tak - nie chce jeść? Odpuściłam, przestałam się spinać, a jedzenie podawałam zawsze wtedy, kiedy my jedliśmy swoje posiłki. Coś zjadł, coś dotknął - zapoznawał się z konsystencją, ze smakiem, z różnymi strukturami. Generalnie więcej bałaganu niż jedzenia. Postanowiłam wziąć do ręki łyżeczkę i gdybym się upierała, to młody dziś byłby niejadkiem, jestem tego pewna. Kiedy Kaj skończył 10 miesięcy, nagle pokochał jedzenie. Dostawał tak samo jak Mati kiedyś, na tacce od krzesełka. Zajadał się wszystkim, ciągle było mu mało. I tak około roku sprawnie zjadał już zupę łyżeczką. Zjada miseczkę zupy, prosi o kolejną, zjada i znów prosi. Na śniadanie potrafi zjeść 3 kromki chleba. Problemów z jedzeniem brak, chociaż wróżono mu inaczej.

Co w takim razie jest moim sposobem? Jak ja to robię, że moje dzieci jedzą tak chętnie?

Nie spinam się, nie zmuszam, nie naciskam. Pozwalam decydować, eksperymentować, nie jeść. U nas w domu nie ma słodyczy na każdym kroku, pilnujmy tego, co jedzą dzieci, ale też bez przesady. Nie nagradzamy jedzeniem i nie straszymy jak ja w poniższym przykładzie. Nie chcę, żeby dzieci jadły ze strachu, że nie dostaną kawałka ciasta. Bez stresu, ze spokojem i dużą cierpliwością do bałaganu. To nasza droga, nasze doświadczenia, jak widać - idziemy w dobrym kierunku.

I to nie jest tak, że pozwalam na wszystko i wiem wszystko. Bo nie wiem. Popełniam błędy, ale staram się je naprawiać. Np.dzisiaj. Piekłyśmy z Matyldą ciasto, w domu pachniało, kubki smakowe pobudzone. Jest 13, ciasto w piekarniku, nakładam obiad. Mati wzięła 3 łyżeczki do buzi i mówi, że się najadła. Odpowiadam, że w takim razie ciasta nie będzie, Ona zaczyna jeść na siłę. Chwila zastanowienia i mówię, nie chcesz, to nie jedz. Matylda pyta, czy będzie mogła zjeść ciasto. Mówię, że tak. Uśmiechnęłyśmy się do siebie i po sprawie. Obiad zje jutro. Poza tym dla nas rodziców, to luksus. Nie jemy zimnych posiłków, jemy wszyscy razem. Nie karmimy dzieci na zmianę, nikt nie jest poszkodowany. Nie kłócimy się z M., bo wiadomo człowiek jak głodny, to zły. Żyć nie umierać.

Mniej wtajemniczonym, a zainteresowany polecam książkę "Bobas Lubi Wybór" Gill Rapley
PRZEKĄSKI, CO JEMY MIĘDZY OBIADEM A KOLACJĄ

PRZEKĄSKI, CO JEMY MIĘDZY OBIADEM A KOLACJĄ

Tak, wiem, że przekąski są złem wcielonym. I absolutnie nie wolno podjadać między posiłkami. Bo zdrowie, bo otyłość, bo dzieci nie będą chciały jeść głównego posiłku. Mimo to u nas przekąski są każdego dnia. Raz są to owoce, innym razem warzywa, ale też bardzo często sięgamy po gotowe produkty. Znasz mnie już trochę i wiesz, że staram się karmić moje dzieci zdrowo, ale nie popadam też w paranoję, bo wychodzę z założenia, że wszystko jest dla ludzi. Co więcej, mogę Ci powiedzieć, że moje dzieci absolutnie nie mają problemu z apetytem, wręcz przeciwnie jedzą za troje. Na pewno napiszę Ci więcej o tym jedzeniu dzieciaków, bo to naprawdę ważny temat.


Powiem od razu, nie robiłam sama powyższych batoników. Wiem, powinnam, byłyby najlepsze, ale po pierwsze nie zawsze mam czas na to, żeby kleić batoniki dla dzieciaków każdego dnia, po drugie nie mam dostępu do wysokiej jakości produktów z jakich są zrobione batoniki ze zdjęcia. Cieszę się jednak, że żyjemy w czasach, kiedy idąc do sklepu mam możliwość kupienia produktów z naprawdę przyzwoitym składem. Te możecie kupić w każdym E.Leclerc, są to batoniki zbożowe Bio Village. 




To nie jest tak, że moje dzieci nie jedzą słodyczy. Jedzą, oczywiście, że jedzą - znają smak czekolady, lizaków, czy żelków. Bardzo często też proszą o coś słodkiego, a ja dopóki mam wybór, to wolę im dać batonika zbożowego, niż kolejną porcję tłuszczu i cukru. Matylda i Kajetan jedzą pięć posiłków dziennie, jeden z nich zawsze staram się robić na słodko. I nie mam tu na myśli naleśników z czekoladą, a np.owoce. Z resztą u nas w domu w ilościach hurtowych kupuje się żurawinę i rodzynki. Te batoniki są fajną i zdrową alternatywą dla tego, co można dostać obecnie w sklepach. Do tego smakują naprawdę obłędnie. W opakowaniu znajdziemy 6 oddzielnie zapakowanych batonów, więc to też fajna opcja, kiedy wychodzimy na spacer. Dzieci zjedzą coś zdrowego, a Ty nie masz wyrzutów sumienia, że karmisz je chemią. 


Bio Village, to nie tylko batoniki zbożowe, o również wafelki kukurydziane, czy najzwyklejsze herbatniki. Wafelki są moim hitem, Mati też chętnie zjada, dla Kaja się trochę za twarde, ale myślę, że się przekona. Mając na uwadze zdrowie naszych dzieci bardzo chętnie sięgam po tego typu przekąski, jeśli już mają jeść coś między posiłkami, to niech to będą produkty, które zrobione są ze składników ekologicznych. 

Jak to u Ciebie wygląda? Korzystasz z takich gotowców, czy jednak wolisz przygotować coś sama?
JAK PRZYKLEIĆ FOTOTAPETĘ?

JAK PRZYKLEIĆ FOTOTAPETĘ?

Żadna sztuka! Tyle razy przyklejałam tapetę, że na bank dam sobie radę. Wybrałam fototapetę, po pierwsze dlatego, że kolory są żywe, po drugie dlatego, że fototapeta do pewnej szerokości może być w jednym kawałku, po trzecie dlatego, że można ją laminować. Tak, tak - dobrze czytasz. Można laminować fototapetę. Szał i fajerwerki. Pisałam Ci ostatnio, że chcieliśmy ożywić nasz przedpokój, bo był smutny i brakowało w nim energii. Nie mogliśmy za bardzo poszaleć, bo jest malutki. Tak naprawdę mogliśmy zagospodarować tylko jedną ścianę. Pomysł jest, do dzieła. Czekamy na przesyłkę i kleimy.


Jak przykleić fototapetę?

1. Wejdź na stronę REDRO i wybierz tą jedną jedyną. Uprzedzam, że nie będzie łatwo. Swoją fototapetę szukałam przez uwaga - 5 dni, a skończyło się na tym, że pisałam do sklepu i prosiłam o pomoc fachowców. Powiem Ci szczerze, że jak zaczęłam szukać, to poczułam się przytłoczona ilością możliwości, ale dzięki filtrom, które zastosowałam, wyszukiwanie szło bardzo sprawnie.

2. Kiedy masz już tą jedną jedyną, to wpisz swoje wymiary i zobacz, jak będzie wyglądała Twoja fototapeta, później zdecyduj z jakiego ma być materiału i wybierz dodatki - moja jest winylowa na fizelinie, ale gdybym zamawiała dzisiaj, to wzięłabym tą ze strukturą, bo uniknęłaby nerwicy związanej z jakimiś nierównościami ściany. Mimo to jest pięknie! Czekaj na kuriera, Twoja fototapeta jest w drodze.

3. W między czasie przygotuj ścianę. Najlepiej będzie, jeśli ją zagruntujesz rzadkim klejem. Wtedy uzyskasz lepsze wiązanie. I to jest w zasadzie wszystko, jeśli chodzi o przygotowanie ściany. Ale nie u nas. O nie, nie, nie. U nas musi być pod górkę. W tym naszym smutnym przedpokoju mieliśmy tapetę - musieliśmy ją odkleić, zedrzeć, zdrapać, cokolwiek - musieliśmy się jej pozbyć. Po odklejeniu okazało się, że ścianę trzeba zaszpachlować, bo poprzednia tapeta odeszła z farbą. Dzięki Ci Panie za sprawne ręce M., inaczej bym odpuściła. I smutny korytarz byłby niewyremontowanym. Tyle. Zagruntowaliśmy klejem. Dodać tylko muszę, że na instrukcji od kleju mieliśmy wszystkie informacje, więc nie jest to żadna filozofia. Pędzel i działamy. Klej na ścianę. Na ścianę fototapeta. Przykładamy wzór, żeby się zgadzało, przycinamy przy grzejniku i jest. Zostawiamy do wyschnięcia.

4. Bierzemy ostry nożyk do cięcia tapet, długą i cienką listewkę, żeby móc równo przyciąć nadmiary fototapety. Ciach, ciach i gotowe. Sprzątamy i cieszymy się nową i piękną ścianą. Proste, prawda?






I jak efekt? Podoba się? Mi bardzo. Jaram się i nie mogę przyzwyczaić. Wchodzę do korytarza i sprawdzam, czy moje listki faktycznie tam są. Są! Marzę jeszcze o zmianie podłogi, idealnie by wyglądała biała, ale jak sobie pomyślę o jej sprzątaniu, to bardzo szybko wybijam sobie ten pomysł z głowy. Tym bardziej, że podłoga w korytarzu jest taka sama jak w kuchni, więc sama rozumiesz. Szukam pomysłu, przeglądam, kombinuję, ale zgodnie z naszą ostatnią zasadą "przemyśl sto razy, nie jesteś pewna, to odpuść" - odpuszczam. Podłogę wymienimy, jak będziemy pewni, co ma na niej być. Jeśli masz jakiś pomysł, podziel się nim w komentarzu. Będę bardzo wdzięczna. 
PLANY DOMOWO REMONTOWE

PLANY DOMOWO REMONTOWE

Wydawać by się mogło, że skoro mieszkamy na nowym już prawie dwa lata, to poza skoszeniem trawy nie mamy nic do roboty. Pewnie by tak było, gdybyśmy mieli worek pieniędzy. Niestety kasy nie mamy, większość prac remontowych robimy własnymi rękami. Czasem mam wrażenie, że już zawsze będziemy mieli coś do zrobienia i pewnie się nie mylę, bo jak skończymy jedno, to kolejne będzie znów wymagało naprawy. Taka jest rzeczywistość. Podwijamy rękawy i do roboty.


Kiedy się wprowadzaliśmy, a musisz wiedzieć, że po odebraniu kluczy mieliśmy na to miesiąc, to robiliśmy wszystko na szybko, żeby było, żeby nie wydać za dużo pieniędzy, żeby móc zamieszkać w miarę ogarniętej przestrzeni. Śmiech na sali, serio. Dzisiaj z perspektywy czasu wiem, jak wiele błędów popełniliśmy, ale to temat na inny wpis. Teraz planujemy, myślimy dziesięć razy, zanim podejmiemy decyzję. Jeśli nie jesteśmy pewni, odpuszczamy. I to jest dobra droga.

Na ten rok, na te wakacje zaplanowaliśmy kilka zmian. Musieliśmy wszystko dobrze przemyśleć, żeby nie wydawać niepotrzebnie kasy, ale też żeby tej kasy nam starczyło na to, co sobie wymyśliliśmy. 

Koniecznością okazało się powiększenie podjazdu pod domem, bo jedno auto stało zawsze w błocie. Nie dość, że był problem z wsiadaniem i wysiadaniem, to jeszcze auto się mogło zakopać. Podjazd - jest! I powiem Ci szczerze, że nigdy w żuciu nie podejrzewałam siebie o taką radość z położenia kilku kostek polbruku. Cieszyłam się jak dzieciak.

Przedpokój nie wyglądał źle, ale był smutny i nie taki o jakim marzyliśmy. Małym kosztem postanowiliśmy go ożywić. Jest już prawie gotowy, na pewno niebawem pokażę Ci go w całej okazałości. 

Ogród, to moja zmora. Wiem, czego chcę, ale ani fundusze, ani moje zdolności ogrodnicze mi na to nie pozwalają. Działam bardzo instynktownie, czytam i próbuję swoich sił w ogrodnictwie. Na razie idzie mi słabo, ale siedziska z palet już mamy, czekam na ciepły wieczór i wypijamy razem z M. pierwszą lampkę wina na tarasie. 

Kuchnię chciałam naprawić, jak tylko zobaczyłam te okropne grafitowe płytki na podłodze i żałuję, że tego nie zrobiliśmy od razu. Trudno, podłogę wymienimy, jak będziemy wiedzieli, co ma na niej być. Teraz zajęliśmy się naprawieniem krzywego blatu, położeniem płytek na ścianie, których bardzo nie chciałam, a jednak to one zrobią klimat. Kuchnia będzie spełnieniem moich marzeń. Już nie mogę się doczekać, kiedy będzie gotowa. 

W salonie wciąż nam brakuje idealnego dywanu i stolika. Stolik mamy już w głowie, muszę tylko przekonać M., że warto go zrobić już, teraz. Wymarzony dywan kosztuje zbyt dużo, więc szukam alternatywy.

Podłoga na strychu, to praca na jesień, żeby móc w końcu odgruzować naszą małą toaletę, koniecznie musimy położyć deski u góry. Po cichu liczę, że kiedyś będzie tam nasza sypialnia. <3 Stąd pomysł na drewnianą podłogę. 

Toaleta na dole - maleńkie pomieszczenie, w którym obecnie jest nasz składzik budowlany. Była już gotowa do użytku, ale ze względu na brak miejsca na wszystkie zaprawy, narzędzia i farby, to stwierdziliśmy, że właśnie to pomieszczenie wykorzystamy. Oczywiście po wyniesieniu z niej wszystkiego konieczne będzie malowanie i naprawienie kilku dziur w ścianach, ale w końcu będziemy mogli funkcjonować na dwie łazienki. 


Bardzo chcieliśmy odgrodzić się od drogi i sąsiada obok - niestety nasze wymarzone ogrodzenie jest tak kosztowne, że musi jeszcze poczekać na kilka srebrników. Ogrodzenie będzie, w bliżej nieokreślonej przyszłości. Tymczasem M. zbudował prowizoryczny płot między tyłem a przodem domu, żeby dzieciaki mogły swobodnie bawić się na dworze. Do zrobienia jest jeszcze mnóstwo prac, ale ogarniemy z czasem. Priorytetem są schody, bo na betonie zniszczyliśmy już sporo skarpetek. Będzie pięknie, w końcu w to wierzę.

Byłoby cudownie, gdybyśmy mieli worek pełen monet, gdybyśmy mogli wprowadzić się do wykończonego domu, gdybyśmy nie musieli zastanawiać się czy wakacje, czy może schody. Jest jednak inaczej, dlatego cieszymy się tym, co mamy i małymi krokami dążymy do celu. Swoją drogą, ja bardzo lubię remontować, więc taki stan mógłby trwać i trwać, tylko żeby pieniędzy nie ubywało. I dziwię się tylko, że M. mnie jeszcze nie udusił. 
NIE MUSISZ BYĆ NAJLEPSZA

NIE MUSISZ BYĆ NAJLEPSZA

Nie musisz być najlepsza, nie powinnaś nawet - lepiej być przeciętną, ale uśmiechniętą, pewną siebie. Bądź najlepsza w byciu sobą, za to możesz dostać Oskara. Bycie sobą, to najważniejsza rola w Twoim życiu. Bądź z siebie zadowolona, wierz w siebie i w swoje możliwości. Pamiętaj, możesz wszystko. 


Jaram się Tobą. Jaram się, kiedy mogę scałować Twoje łzy z policzków, kiedy mogę ukoić Twój ból. Kiedy rzucasz ze złości żelkami, bo matka zjadła dwa, a miała wziąć jednego. Jaram się Tobą, kiedy się wstydzisz, kiedy jesteś odważna, kiedy robisz kolejny krok do przodu, kiedy sama prosisz panią w przychodni o kubek do wody. Jaram się, kiedy krzyczysz, że jestem głupia i tak bardzo mnie wtedy nie lubisz, kiedy nie chcesz się przytulać i kiedy wisisz na mnie jak niemowlak, bo się stęskniłaś. Jaram się, kiedy prosisz, przepraszasz, dziękujesz, kiedy mi rozkazujesz i kiedy czegoś ode mnie oczekujesz. Kiedy tulisz swojego braciszka i kiedy nie chcesz się z nim bawić. Kiedy kubek nie ten i woda za ciepła. Jaram się, kiedy jesteś sobą i pokazujesz swoje prawdziwe oblicze. Jaram się Tobą i Twoimi emocjami. 

Coś Ci opowiem, Córeczko.

Kiedy byłam jeszcze mała, kiedy nie znałam się wcale na tym świecie, to chciałam być duża, bo tak to już jest, że zawsze chcemy tego, czego mieć nie możemy. Poszłam do szkoły, uczyłam się dobrze, bardzo dobrze. Niewiele musiałam poświęcać czasu na naukę, wiedza sama wpadała mi do głowy. Tabliczka mnożenia? Proszę bardzo. Czasy w angielskim? Żaden problem. Występy na scenie? Ależ owszem. Jakoś tak się działo, że byłam najlepsza - nie dlatego, że się spinałam i starałam, nie dlatego, że rodzice tego ode nie wymagali, zwyczajnie tak było. Z zachowaniem czasem miałam problem, bo mówiłam zbyt dużo, pyskowałam. Przywykłam do tego, że każdy mnie chwali, nie robiło to na mnie większego wrażenia. Znałam swoją wartość i chyba trochę obrosłam w piórka. Byłam najlepsza. Poszłam na studia, tam nie było już tak łatwo, mimo to dałabym radę, ale kasa... Musiałam zrezygnować. I tu zaczęły się schody, bo z dnia na dzień przestałam wierzyć w siebie. Siadłam na tyłek i miałam ogromny problem, żeby się podnieść. Bo jak to tak, ja bez studiów? Wtedy mi się wydawało, że studia są wszystkim, że dzięki zdobytej wiedzy będę miała pieniądze i pracę. Patrzyłam na swoje koleżanki i kolegów tych słabszych w nauce i czułam się jak totalne zero, bo przecież to ja byłam najlepsza. Poszłam do pracy, po kilku miesiącach awansowałam, to dodało mi skrzydeł, bo uwierzyłam, że nawet bez szkoły mogę coś osiągnąć. Później pojawiłaś się Ty i moje priorytety się bardzo zmieniły. Owszem, wracała myśl, że może warto by było iść na te studia, ale nie dla pracy, a dla samej siebie, dla moich ambicji. Nie wykluczam, że może jeszcze kiedyś, ale dziś, to Ty i Twój brat jesteście najważniejsi. Zmieniłam się, przestałam myśleć o tym, że bycie najlepszym jest fajne, bo tak - mega jest słuchać, że jesteś taka super, że zawsze dajesz sobie radę i w ogóle, ale nie to definiuje ludzi. Nie bycie najlepszym!

Chcę Ci Córeczko tym postem powiedzieć, że nie musisz być najlepsza. Dla mnie już jesteś. Dla innych nie musisz. Bądź najlepsza dla siebie, to będzie najważniejsze w przyszłości. Bądź przeciętna, wystarczająco dobra, wtedy więcej osiągniesz, bo nie spoczniesz na laurach, a wszystko zdobędziesz swoją ciężką pracą. Pamiętaj, że nie jest ważne, czy będziesz kucharką, lekarką, czy innym naukowcem, ważne jest to, żebyś lubiła siebie, bo wtedy samo wszystko się będzie układać. I wiesz co Malutka? Bardzo żałuję, że nie wiedziałam tego wszystkiego kilkanaście lat temu, teraz byłabym tym, kim chciałam być kiedyś. Bądź odważna i śmiało krocz przez życie. Wszystko jest w zasięgu Twoich rąk.

Teraz moja kolej, teraz ja udowodniam sobie, że ciężką pracą osiągnę więcej, niż piątkami w szkole. Życz mi powodzenia, bo chciałabym, żebyś była kiedyś ze mnie dumna.
KIEDY PADA DESZCZ - CZYTAMY Z BABARYBĄ

KIEDY PADA DESZCZ - CZYTAMY Z BABARYBĄ

Zimowy maj, chłodny czerwiec. Pogoda póki co nas nie rozpieszcza. Gramy w gry, układamy puzzle, oglądamy bajki. Standardowo czytamy książki. Czasem czytam Mati, czasem Kajtkowi, ale zdarza się, że obydwoje zainteresuje jakąś książką, wtedy jest najlepiej, bo nie muszę się dzielić. Mamy kilka nowości. Chodź, zobacz, czym się teraz zachwycamy.


MIASTONAUCI - Tytus Brzozowski - ulubiona książka graficzna Kajtka. Zadziwiające jest to, że taki mały człowieczek ma taką dużą potrzebę chłonięcia wiedzy. Pyta o każdy szczegół - słyszysz to słodkie:"cio to?" - miód na matczyne serce. Pyta po sto razy o to samo, a ja setny raz odpowiadam to samo i obydwoje się jaramy - ja, bo uczę, on, bo się uczy. Wyobraźnia działa, każda strona książki, to opowieść o chłopcu, dziewczynce, o pingwinie. Zabudowania polskich miast na kartonowych stronach książki. Jestem pewna, że każdy w tej książce znajdzie coś dla siebie, pod warunkiem że lubisz opowiadać historie, a jeśli nie, to odpowiadaj na kolejne:"cio to?" jak ja.






CZY POLUBISZ MOJĄ BREJĘ? - Mo Willems - to kolejna część przygód słonia Leona i świnki Malinki. Dużo śmiechu, dużo pozytywnej energii i za jakiś czas świetny materiał do nauki czytania. Krótkie zdania sprawdzą się idealnie do składania pierwszych sylab. Malinka i Leonek są bardzo różni - on rozważny, ona raczej zwariowana - mimo to przyjaźnią się, uwielbiają i chętnie spędzają ze sobą czas. Nauka tolerancji, zrozumienie i duża dawka śmiechu, tak w skrócie mogę opowiedzieć historię świnki i słonia. 






OCH! Książka pełna dźwięków - Herve Tullet - kolejna interaktywna książka, którą uwielbia Matylda. Zakochana jest co prawda w Turlututu, ale te książkowe tablety też są bardzo fajne. Poznajemy się, rozmawiamy, powtarzamy, to dzieciaki wciąga najbardziej. OCH - niebieska kropka, która przeprowadza nas przez całą książkę. OCH, ACH, ŁAŁ - wyrazy dźwiękonaśladowcze, które wykorzystywane są bardzo często podczas ćwiczeń logopedycznych. Czytając książki Tulleta jesteśmy w pełni zaangażowani, działamy i nie siedzimy cicho - nie są to książki do czytania przed snem. Kolorowe, pobudzające wyobraźnie - dzieciaki takie lubią najbardziej.




Copyright © 2014 ja-matka.pl , Blogger