KREDKI

- Halo, halo, czy są tu jakieś dzieci? - krzyczę schowana za ścianą.
- Są, są - woła Mati.
- Czy te dzieci wiedzą, że dziś jest ich święto?
- ... - zapadła cisza, tata podpowiada, że tak, że wiedzą.
- Czy te dzieci chcą dostać prezenty? - pytam.
- Mamo, przecież ja wczoraj wybrałam sobie kredki, to była moja niespodzianka - odpowiada uśmiechnięta Matylda.

Zdębiałam, zrobiło mi się smutno, a jednocześnie byłam bardzo szczęśliwa i taka dumna chyba. Uczę Matyldę czegoś, czego sama nie umiem. Daję z siebie wszystko, żeby małe rzeczy cieszyły tak samo, jak te wielkie. Jestem z Ciebie dumna Córeczko. <3


Wszystko jest prawdą. Kupiłam kredki Młodej, sama sobie wybrała - chciała z kucykami, ale pokazałam te, wyjaśniłam, zgodziła się bez problemu. Jak jechaliśmy na zakupy, to wspomniałam, że musimy wybrać jakieś drobne prezenty na dzień dziecka. Udało mi się kupić zabawki tak, żeby Mati nie widziała. Była przekonana, że jej prezent, to własnie kredki, które swoją drogą są naprawdę świetne. Najlepsze kredki, jakie mieliśmy do tej pory. Miękkie, dobrze się nimi pisze, koloruje. Nie spodziewałam się, że są takie cudowne. Polecę każdemu, bo robią robotę. Wracając do tematu. Serce mi urosło i rośnie, że zwykłe kredki tak potrafią zadowolić dziecko, że nie potrzeba wymyślnych zabawek za miliony, żeby zobaczyć uśmiech na twarzy. Matylda nigdy nie miała i nie ma nadal wielu zabawek. Często robimy selekcję, często oddajemy to, czym Mati się już nie bawi. I dziś wiem, że idziemy w dobrym kierunku, bo rzeczy materialne nie są ważne. Wiesz, że jak zapytasz Matyldę, co by chciała dostać, to najczęściej odpowiada:"jajo" - niespodziankę oczywiście. Owszem, kiedy ogląda tv i jest reklama, to chciałaby każdą zabawkę, ale nie stawia tego ponad wszystko, bo w sklepie wystarczy powiedzieć, że może na urodziny kupimy, czy przy innej okazji. Potrafi się cieszyć z owoców przyniesionych przez babcię, z soku kupionego przez tatę, z bluzki, którą kupiła ciocia - ze wszystkiego. No serce się raduje!

Chciałabym, żeby i Kajtuś i Matusia potrafili cieszyć się każdą chwilą, każdym najmniejszym gestem. Żeby szklanka była do połowy pełna, a każdy poranek był tym, który będzie powodował uśmiech na twarzy, żeby każdy kwiat, każdy promyk słońca był tym wyjątkowym. Chciałabym, żeby zachowali w sobie odrobinę dziecięcej radości i beztroski. To byłby mój największy sukces.





Coś jeszcze. Choć łzy bezsilności często płyną mi po policzkach i chwili dla siebie mi bardzo brakuje, podłoga wciąż brudna i prania tyle i wyprasować trzeba i obiad ugotować, to nie oddałabym tego życia za żadne inne. Nie oddałabym żadnej chwili, żadnej sekundy, bo ich miłość, daje mi tak wiele, tak wiele uczy, że jestem pewna, że mam coś najcenniejszego. MAM ICH!

2 komentarze:

  1. Tosia też cieszy się ze wszystkiego, torba truskawek, kolorowanka, nowa para skarpetek. Wszystko sprawi jej radość:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cudownie - możesz być z siebie dumna :-*

      Usuń

Copyright © 2014 ja-matka.pl , Blogger