PSI MAMA - CZYLI WOŁANIE O POMOC

"Psi mama" - słyszałam za każdym razem, kiedy w sali pojawiał się biały fartuch, nie miało to znaczenia, czy przyszła salowa, pielęgniarka, czy lekarz. Matylda była tak przerażona, tak przestraszona, że chciała iść spać. Stwierdziła, że jak będzie spała, to nikt jej nie będzie dotykał, badał i męczył. Cwana ta moja dziewczyna.

"Mama kuj kuj nie" - miałam łzy w oczach za każdym razem, kiedy to słyszałam, nadal mam. Gdybym tylko mogła, to wzięłabym na siebie jej ból. Jak tylko wchodziłyśmy do gabinetu zabiegowego, to Mati trzymała mnie tak kurczowa, aż bolało. Serce miałam w kawałkach.

"Do domka, idziemy, kończy już, opa" - do domku, idziemy, kończ już, na rączki - to słyszałam najczęściej. Moje serduszko tyle przeszło prze tych kilka dni.


Nie będę pisała o opiece, może napiszę o tym innym razem. 
Od piątku do wczoraj byłyśmy w szpitalu - pierwsza poważna choroba. Okazało się, że to zwykła jelitówka, ale Matylda miała oznaki odwodnienia, nie mogliśmy zbić wysokiej temperatury i miała też zakwaszony organizm. Dostała kilka kroplówek, wyspała się za wszystkie czasy, a teraz wraca do zdrowia. Wiecie, że mam dziś wrażenie, że wszystkie te teorie o odporności - nie przegrzewanie dzieci, spacery, świeże powietrze i całą tą resztę - to mogę sobie wsadzić w dupę!

Dzisiaj Matylda dużo odpoczywa, jest jeszcze osłabiona i sporo śpi. No i pije, ciągle pije - chociaż wcześniej też piła i dlatego też byłam pewna, że się nie odwodni, a tu takie rozczarowanie... Zaczęła też jeść prawie normalnie. 

Na zdjęciach wyżej Matylda ma poduszkę na głowie. Uszyłam ją kilka dni wcześniej do wózka - pojechała z nami do szpitala. Okazała się idealna. Mati często przykładała sobie moją dłoń do twarzy, kiedy zasypiała, ale poduszka jest lepsza. Miła i delikatna, a dodatkowo osłaniała uszko i było ciszej, a no i zaciemniała trochę, więc światło zapalone w nocy nie budziło mojego maleństwa.

Szpital to zło, ale szpital z dzieckiem to koszmar. Każda matka mnie zrozumie. Każda. Wiecie, ile ja łez przez te dni wylałam. Tak bardzo chciałam ulżyć Matyldzie, tak bardzo chciałam jej pomóc, a nic nie mogłam zrobić. Mogłam przytulać, całować, wspierać. Generalnie mam twardy tyłek, ale w takich chwilach nawet ja wymiękam. 

Dziś się uśmiecham, bo nareszcie jesteśmy w domu, bo kolejną noc śpimy w swoich łózkach.

Wam Kochani bardzo dziękuję za troskę, 
za każde słowo, za każdą wiadomość - jesteście CUDOWNI <3

4 komentarze:

  1. Pewnie, że Cię rozumiem. Przez pierwszy rok życia Piotrusia byliśmy w szpitalu 5 razy :( Zdrówka dla Mati :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie ten jeden raz, to za dużo.
      Współczuję Ci tego, co przeżywałaś :-*

      Usuń
  2. i ja jak wspomne pobyt synka w szpitalu kiedy załapał rotawitus to mam łzy w oczach, przypominam sobie jego cierpienie :/ wiem co czujesz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nadal na samą myśl mam ciarki na plechach :-(

      Usuń

Copyright © 2014 ja-matka.pl , Blogger