TY JESZCZE KARMISZ?

Karmię Matyldę piersią, wiedziałam od początku, że będę Ją karmić. Nie myślałam w ogóle o tym, że mi się nie uda, że Mała nie będzie chciała współpracować, albo może pojawią się jakieś medyczne przeciwwskazania - postanowiłam, że będę i już.

Owszem nie obyło się bez łez, bo to brodawki poranione, a to Mała mokrego już sutka nie może chwycić, a to temperatura bardzo wysoka podczas nawału, ale nie poddałam się. Udało się i udaje tak już prawie 6 m-cy, dla jednych krótko, dla innych długo - ja nie mam zamiaru na razie przestawać. Tak mi wygodnie, tak mi dobrze, i do tego te momenty, kiedy Matylda wyciąga rączki do cycka, bo leży już na swoim miejscu i wie, że zaraz będzie jedzonko, albo jak wcina i patrzy mi w oczy - dla mnie to niesamowite emocje, niesamowita bliskość, czas tylko dla nas :-) Uwielbiam te chwile! 

Niestety nie może być kolorowo, bo od kilku tygodni wciąż słyszę, że powinnam już przestać, że na pewno mój pokarm nie starcza, że Matylda jest głodna. Co z tego, że rośnie jak na drożdżach, co z tego, że ma prawidłową wagę - nikogo to nie obchodzi.
Sąsiadka na klatce mówi: "Ty na pewno już nic nie masz w tych cyckach".
Pani w sklepie: "Mama Cię głodzi Maleństwo". 
I takie gadanie jest w kółko, przecież to aż się nie chce tłumaczyć, rozmawiać, powtarzać, bo do niektórych ludzi nic zupełnie nie dociera, wiedza swoje, mają swoją teorię i koniec! Teraz się tylko uśmiecham i idę w swoją stronę, bo dyskusja jest zbędna.

Ja się tylko zastanawiam, co muszą słyszeć te Mamy, które karmią ponad rok albo dłużej.

Pomału zaczynamy rozszerzać dietę Matyldy, na pewno opiszę nasze pierwsze podboje jedzeniowe.

KIEROWCO, MYŚL!

Wróciłyśmy ze spaceru. Jestem wściekła jak osa. Niby prawo jazdy ma, to przepisy znać powinna, a nawet jak nie zna, to trochę kultury obowiązuje..., ale od początku.

Idziemy zaśnieżonym chodnikiem, ledwo pcham wózek, bo śniegu pełno, mniejsza z tym. Widzę z daleka samochód - nic nadzwyczajnego - samochód stoi na chodniku - też nic wielkiego - samochód stoi na chodniku przy samym wejściu do sklepu - myślę - za nim dojdę, odjedzie. O jak ja się pomyliłam. Piękna pani grzebie coś w aucie od strony pasażera, ja dochodzę i coraz bardziej się irytuję. Jestem już obok niej, pańcia zamyka drzwi od i patrzy na mnie - uśmiecha się głupio - mi już prawie czapka z głowy spada z nerwów, a pani dalej uśmiech. Ewidentnie widać, że nie przejadę, nie zmieszczę się, nawet jakbym miała spacerówkę - parasolkę, to bym się nie zmieściła! Pani dalej patrzy i  nagle zmierza w kierunku drzwi wejściowych do sklepu. Nie zwróciła nawet na nas uwagi!

Mówię:
- może by Pani odjechała tym samochodem, wystarczy kawałek do tyłu
- ale ja tylko na sekundkę
- to ja mam teraz stać i czekać, aż Pani zrobi zakupy?
- ja tylko na chwilkę - dalej mówi babsko
- szkoda, że do sklepu Pani nie wjechała, będĘ teraz dźwigać wózEK, bo Pani nie mogła stanąć kawałek dalej
- babsko mówi:"trudno, takie jest życie" - zamknęła drzwi i weszła do sklepu. 

Ależ ja się wkurzyłam! Żałuję, że na policję nie zadzwoniłam albo mogłam jej bok porysować wózkiem i powiedzieć:"trudno, takie jest życie". Co za baba. A wiecie, co było najgorsze - że w aucie z tyłu miała fotelik samochodowy, więc jeszcze niedawno sama z wózkiem przemierzała świat. Gdyby chociaż cokolwiek powiedziała, oj przepraszam, albo źle stanęłam, ale nie, bo przecież królowa musi mieć blisko do wejścia. Babsko miało gdzie stanąć, mogła odjechać, mogła cofnąć kilka centymetrów.

Non-stop się to zdarza, ale tak ograniczonego babska jeszcze nie spotkałam. Ostatnio facet też tak stanął, ale czekał, żeby zerknąć, czy się zmieszczę, następny przeniósł mi wózek, babka odjechała - bo ja też jestem kierowcą, ja też czasem nie mam gdzie stanąć, ale naprawdę zwracam uwagę na wszystko dookoła. Wiem, że nie ma parkingów, że znalezienie miejsca graniczy z cudem, ale bez przesady. Najgorsze jest to, że jak jesteś kierowcą, to patrzysz tylko na swój czubek nosa, a jak jesteś pieszym, to wszystko widzisz tylko ze swojej perspektywy. 

MATKA KSIĄŻKI CZYTA

Kiedy zaszłam w ciążę i okazało się, że większość czasu spędzę w domu, to postanowiłam czytać, postanowiłam nadrobić zaległości. Na samym początku stwierdziłam, że nie będę czytała żadnych poradników, bo moja intuicja na pewno mnie nie zawiedzie i szkoda, że tego się nie trzymałam :-D Wymyśliłam sobie kilka ambitnych tytułów do przeczytania, poszłam do biblioteki i..., wróciłam z kilkoma poradnikami! Ambitne tytuły znów musiały poczekać, tym bardziej, że przecież kobieta w ciąży jest jakby trochę mniej myśląca - przynajmniej ja się tak czułam, ciągle byłam rozkojarzona, gdzieś odpływałam myślami. 

1. Język niemowląt - Tracy Hogg - przeczytałam, zrobiłam notatki i czekałam na przyjście na świat niemowlaczka, jaka ja byłam dumna, że wiem, co trzeba robić z dzieckiem, żeby nie płakało, żeby samo zasypiało - sama z siebie się śmieję - książka książką, a życie życiem - Matylda sama sobie wszystko ustaliła, zweryfikowała :-)

2. Czego się spodziewać, kiedy się ciebie spodziewają - Javerbaum David - 9 miesięcy opisane w żartobliwy sposób - książka bardzo mi się podobała, ciągle wiedziałam, co się ze mną dzieje, ale nie jakąś suchą teorią. Pisane jakby z perspektywy płodu - od środka - polecam, warto przeczytać. Nawet stwierdziłam, że powinnam mieć tę książkę na swojej półce :-D

O i na tym skończyły się moje podboje książkowe w czasie ciąży :-) Wolałam jednak spać, niż czytać.

Później wiadomo, noworodek w domu, brak czasu, brak chęci, zmęczenie i nagle przyszło olśnienie, ale bym coś przeczytała - tym razem kupiłam kilka książek i wróciłam do czytania.

3. Macierzyństwo non-fiction. Relacja z przewrotu domowego - Joanna Woźniczko-Czeczott - każda matka, każda powinna przeczytać tę książkę, ale dopiero po urodzeniu dziecka i najlepiej po połogu, żeby spojrzeć na to wszystko trzeźwym okiem. Śmiałam się i płakałam na zmianę, ale było mi lżej, jak docierało do mnie, że praktycznie wszystkie mamy czują tak samo. gdybym pewnie przeczytała tę książkę przed porodem, to byłabym mądrzejsza i za pewne śmiała bym się z emocji opisanych w książce - jak dziecko zmienia spojrzenie na świat :-)

4. W głębi kontinuum - Jean Liedloff - książka zakupiona z polecenia, jeszcze nie przeczytałam, jakoś nie mogę się zebrać, zerknęłam może na 10 stron, ale jak przeczytam, to na pewno zdam relacje. Dziewczyny na blogach streszczały, czytając urywki miałam ciarki.

5. Zezia i Giler - Agnieszka Chylińska - książkę chciałam mieć, dostałam w prezencie. Przeczytałam w dwa wieczory - czyta się dobrze, lekko i przyjemnie. Książka mądra, dla dzieci, ale mądra - dziecko widzi te emocje inaczej, a ja widzę zupełnie inaczej - mi ta książka pomogła, dotarło do mnie co nieco. Chciałam ją trochę mieć z ciekawości, jak Agnieszka Chylińska sobie poradziła - jak dla mnie dała radę. Drugą część - może znów dostanę w prezencie :-p 


Czasu mam niestety mało, więc i książek nie zbyt wiele, ale biblioteczka się sukcesywnie powiększa.

PLAN DNIA

Ku pamięci!
Oj pozmieniało się, pozmieniało :-)

* pobudka około 6:00 - 7:00 - karmienie - przez mniej więcej godzinę ja próbuję jeszcze troszkę dospać, Matylda w tym czasie się bawi, a w zasadzie krzyczy - ostatnio to Jej ulubione zajęcie - później poranna toaleta, pogaduchy, przytulasy i uśmiechy - przechodzimy do salonu
* około 9:00 Mati zaczyna marudzić, więc idzie na krótką drzemkę (jeśli wstała o 6:00), jak obudziła się o 7:00, to drzemkę ma o 10:00 (karmienie) - idziemy wtedy na spacer (niestety Matylda w domu nie chce spać) - śpi 1,5 h
* 12:00 - 13:00 - karmienie (to zależy, o której Mała wstała rano) - później się bawimy, czytamy książeczki, gadamy, śmiejemy się - Mati trochę bawi się sama, po jakimś czasie domaga się mojej uwagi
* między 14:30 - 15:00 jest kolejna drzemka - trwa od 1,5 h - 2h i tu mamy sukces - Mati śpi w domu, faktem jest, że po 20-30 min się budzi i muszę Ją ponownie usypiać, ale dosypia do 2 h
* budzi się 16:00 - 16:30 - karmienie i do wieczora się bawimy - po 17:00 Młodą przejmuje Tata (niestety Tatuś pracuje różnie i najczęściej jest w domu po 18 - tej)
* 18:30 przygotowujemy się do spania, kąpiel, mycie - około 19:00 kładziemy się do łóżka, karmię Małą i przy cycku zasypia - odkładam do łóżeczka i ładnie śpi
* noce się zmieniły, Mała budzi się 2 razy, czasem 3 - ale mamy też inny problem, bo Mati potrafi się obudzić w nocy i nie spać 1h - 2 h :-( - nie płacze, gada sobie, bawi się, uśmiecha - ja wysiadam, nie daje rady

O! I tak to wszystko wygląda, dni mijają jak szalone, nie wiem, kiedy ten czas tak zleciał, wciąż pamiętam pierwszą wspólną noc w domu.

Niestety dalej śpię z Matyldą w pokoju, bo jestem leniwa i nie chce mi się w nocy chodzić z łóżka do łóżka. Muszę się w końcu zmobilizować, bo mam swoją sypialnię i w nocy wolę się przytulić do M. niż spać sama. No i na pewno nasze relacje się mocno poprawią, bo jednak spędzamy ze sobą za mało czasu.

WÓZEK

Wózek - był wyborem najtrudniejszym. Jak pierwszy raz zasiadłam do internetu, żeby się oczytać, zapoznać, to się przeraziłam wyborem, ilością producentów, funkcjami wózków. Przestałam oglądać i dałam sobie spokój na jakiś czas. Czasem coś poczytałam, czasem z kimś o tym pogadałam, czasem podpytałam, popatrzyłam, co jeździ po chodnikach, co stoi w sklepach, ale nic mnie nie zachwyciło.

Na jednej z wizyt u lekarza - czekając na swoją kolejkę - przeglądałam gazetę tam leżącą i trafiłam na wózek, wózek idealny, spodobał mi się od razu. Niestety nie było żadnego opisu, bo była to tylko reklama, ale zrobiłam zdjęcie (żeby nie zapomnieć marki oraz modelu) i jak tylko weszłam do domu, to biegiem do komputera. Wózkiem, który tak mnie zauroczył był Quinny Mood - bałam się tylko tych trzech kółek, bo zawsze byłam jakoś anty nastawiona. Tym bardziej, że marzył mi się wózek z wielkimi czterema kołami, z dużą gondolą, ale jak zapoznałam się już trochę z funkcjami, to wiedziałam, że na nasze chodniki się nie nadają, poza tym jest dość ciężki, a ja większość czasu spędzam sama. Skupiłam się na wózkach Quinny.

Czytałam, oglądałam, dotykałam, szukałam, podejmowałam decyzję, zmieniałam zdanie. Nareszcie wybór padł na Quinny Buzz, Spodobał mi się bardzo, a teraz z perspektywy czasu wiem, że lepiej wybrać nie mogłam. Jestem niesamowicie zadowolona, chociaż mam też kilka zastrzeżeń, ale plusów i tak jest więcej. Jestem niska, więc bardzo odpowiada mi to, że wózek jest mały i zgrabny, M. jest wyższy, ale mamy regulowaną rączkę, także i On bez problemu daje radę. 

Wózek jest lekki, Mieszkamy na parterze, ale mam do zejścia kilka schodków - nie jest problemem zniesienie wózka razem z Matyldą.
Przednie kółko jest dość gibkie, ale ma też blokadę, z której korzystam rzadko. Fajne jest to, że gdybyśmy mieli taką potrzebę, to możemy dokupić 2 koła do przodu i zrobić wózek czterokołowy. Tylne koła są pompowane, przednie jest z pianki, ale też można je wymienić na pompowane.
Gondola jest fajnie wyłożona ciepłym materiałem, materacyk też jest dość gruby. Faktem jest, że gondola mogłaby być troszkę większa, ale nam akurat wystarcza. Mati ma 5 m-cy i jeszcze spokojnie się mieści - nawet w kombinezonie. Myślę, że do momentu, aż zacznie siedzieć powinna nam wystarczyć. Minusem jest szerokość, ale też bez przesady.
Kosz w wózku jest też dość mały, ale jest dodatkowa torba, więc w razie czego zawsze mogę z niej skorzystać.
Do zestawu mamy fotelik Maxi Cosi Cabrio Fix - montujemy go do stelaża i lecimy na zakupy :-)

Jak zaczniemy korzystać ze spacerówki, to na pewno zdam Wam relację. Własnie przez spacerówkę wybraliśmy Buzz'a zamiast Mood'a, bo czytając opinie okazuje się, że jest większa i starsza na dłuższy czas.

Reasumując wózek jest porządny, jesteśmy bardzo zadowoleni i gdybyśmy dziś mieli ponownie wybierać, to kupilibyśmy znów taki sam :-)

NAJPIĘKNIEJSZE WSPOMNIENIE Z DZIECIŃSTWA

Dzięki Żanecie z bloga Znaczki Jak Robaczki, a w zasadzie dzięki Jej pomysłowi na temat konkursu - powstał post - dla mnie bardzo emocjonujący post. I tak sobie pomyślałam, że się z Wami podzielę moim najpiękniejszym wspomnieniem z dzieciństwa.

Byłam dzieckiem, małym dzieckiem - miałam niespełna 2 latka (każdy, komu opowiem to przeżycie uważa, że nie mam prawa tego pamiętać, ale ja to pamiętam i już!). Wychowywałam się na wsi, moi rodzice urodzili się na wsi. Mojej Mamy rodzinny dom był oddalony od nas jakieś 5 km, chodziliśmy do Dziadków pieszo - polną drogą, a później przez łąkę, żeby było bliżej - Dziadek po nas wychodził. Moi Rodzice pracowali na zmiany, więc najczęściej do rodziców mojej Mamy chodziliśmy tylko z Nią i z moim rodzeństwem - starszy brat i starsza siostra.
Była zima, kiedyś zimy były inne niż teraz, bardziej mroźne, śniegu też było więcej. Mama postanowiła, że idziemy do Dziadka i Babci. Ja, byłam małą dzidzią, więc Mama wzięła sanki, żeby nie musiała mnie nieść, jak zabolą mnie nóżki. Pamiętam jak dziś, jakby to było przed momentem, jak siedzę na tych sankach, owinięta kocykiem, który zrobiła Babcia, czuję ten kocyk na twarzy, jestem cała zawinięta, żebym nie zmarzła, jak zamykam teraz oczy, to widzę ten kocyk od środka, jakbym znów była na tych sankach i słyszę, jak Brat z Siostrą się śmieją, jak biegną, jak rzucają się śnieżkami - czuje to każdym centymetrem swojego ciała, mam ciarki - kurcze wzruszyłam się bardzo... Najwspanialsze jest to, że wciąż mam ten kocyk, owszem jest już zniszczony, ma kilka łatek - na nim Mama uczyła mnie cerować :-) Później pamiętam, jak dochodzimy do domu i wchodzę do sieni (tak to się chyba nazywało) - z sieni było wejście do pokoju Babci i Dziadka - wchodzę do tego pokoju i z Dziadziusiem kładę się do łóżka, pod prawdziwą pierzynę, żeby Dziadek mógł mnie ogrzać, później dostawałam super cukierka - Babcia miała siostrę w Niemczech, przysyłali nam paczki - już nigdy więcej nie jadłam tak pysznego cukierka. Później za jakiś czas Dziadek zmarł, ale te chwile zapamiętam do końca życia - dla mnie była to magia.

Jeszcze raz dziękuję :-*

Nie zwracajcie uwagi na pisownię - proszę - chciałam Wam pokazać to tak, jak pisałam, jak czułam.

PORADY ŚWIEŻEJ MATKI cz.2

Wyprawka dla maleństwa - o zgrozo - tu nie dość, że można zwariować, to jeszcze zbankrutować - ile to wspaniałości jest dla dzieciaczków :-) Trzeba się dobrze zastanowić i opamiętać, wszystko też zależy od zasobności portfela i od obycia matki/rodziców z małymi okruszkami. Wiadomo, że na dzieciach nie oszczędzamy, że dla dzieci wszystko. 


Wyprawkę dla dziecka też podzieliłam na kilka podpunktów, a mianowicie na pokój, kosmetyki, ubranka.

Pokój:

* łóżeczko z całym wyposażeniem (nie przydało się do niczego, tzn. kołderka z poduszką razem z poszewkami leży do teraz), korzystamy z falbanki osłaniającej, ochraniacza, prześcieradełka, kołderkę na razie mamy malutką - łóżeczko i materacyk dostaliśmy od kuzynki, mamy tyle dzieciaków w rodzinie, że bez sensu było kupować nowe

* przewijak - kupiliśmy zwykły, drewniany 
* szafki mieliśmy
* dokupiliśmy półeczkę na kosmetyki - aha, bo najważniejsze jest to, że Matylda od początku ma swój pokoik, w którym o dziwo śpi, faktem jest, że ja śpię razem z Nią, ale każda ma swoje łóżeczko :-). Pokój nie jest jakoś specjalnie urządzony, bo czekamy, aż Młoda będzie starsza.


Kosmetyki - szczerze mówiąc, to jest jedyna rzecz, nad którą jakoś za bardzo się nie zastanawiałam, bo nie wiedziałam, czy Mati przypadkiem nie będzie na coś uczulona, więc kupiliśmy:

* gaziki jałowe
* waciki bawełniane
* sól fizjologiczną
* wodę morską
* aspirator do noska
* grzebyk, szczotkę do włosków
* nożyczki do paznokci 
* Sudocrem, ale Matyldzie nie odpowiada - używamy Bephanten, ale tylko jak Mati faktycznie coś wyskoczy
* żel do kąpieli - przez okres ciąży uzbierałam kilka próbek - Mustela, Nivea, Johnson's Baby, Oilatum, wszystko zużyłyśmy poza Johnsonem, ale używamy tylko Babydream
* szampon - na początku nie miałam żadnego, ale jak Matyldzie pokazała się ciemieniucha, to kupiłam Babydream i przeszło z dnia na dzień
* do ciałka na początku miałysmy Nivea Baby Sensitive, teraz nie używamy nic, nie mamy problemów ze skórą
* krem na niepogodę Babydream

Ubranka:

* body bez rękawów, body na krótki rękaw i body na długi rękaw - dla noworodka jak dla mnie najlepsze były te kopertowe - ciężko mi określić, ile sztuk, bo ja miałam ich bardzo dużo, rozmiar w większości 56, ale i tak były za duże
* bluzeczki na długi i krótki rękaw
* półśpiochy - do spania
* getry - w nie Matylda była ciągle ubierana
* pajacyki - większość do spania, ale miałyśmy 2-3 szt. "wyjściowych"
* sweterek
* skarpetki
* czapeczka cienka i grubsza - mam bzika na punkcie czapek :-D
* 10 szt. pieluch tetrowych
* 5 szt. pieluch flanelowych
* rożek
* 2 szt. ręczników


Generalnie, jeśli chodzi o ubranka, to mam ich tyle, że czasem niestety nie zdążę ubrać Mati, bo są za małe - uwielbiam lumpeksy, ciągle w nich kupuję, więc i ubranek mamy pełno. Ubranka najlepiej wykonane, najbardziej nam odpowiadające są z H&M, Kappahl, Tex - nie zdarzyło mi się jeszcze, żebym narzekała na ciuszki tych marek, zawsze są porządnie wykonane i spełniają swoją rolę.


Tak to wyglądało u nas, może się komuś przyda, może ja za jakiś czas do tego wrócę, na pewno będzie naszą pamiątką.

PORADY ŚWIEŻEJ MATKI

Zrobiłam test - jestem w ciąży - przerażenie - przecież nie mamy wózka, nie mamy łóżeczka - jak my damy z tym wszystkim radę - dopiero później do mnie dotarło, że nie musimy się aż tak bardzo śpieszyć.

Należę do ludzi, którzy ciągle notują, ciągle coś zapisują - w kółko coś planuje, a że jestem perfekcjonistką niestety, to wszystko musi być dopięte na ostatni guzik. Szkoda, że nie zostawiłam swoich notatek, bo moglibyśmy się teraz pośmiać. Ile razy ja to wszystko przepisywałam, ile skreślałam, ile dopisywałam - ubaw po pachy.

Listę podzieliłam na dwie części - była część dla mnie i część dla MALUSZKA. 

Na początku w części dla mnie było tyle pozycji, że zastanawiałam się, jakim cudem mam się spakować do szpitala, pominę je, napiszę tylko o tym, co faktycznie mi się przydało.

Wyprawka dla mamy:

* dokumenty (dowód osobisty, karta ciąży, wyniki ostatnich badań - szczególnie GBS, potwierdzenie grupy krwi,
* wzięłam ze sobą 2 koszule - jedną do porodu, drugą na salę poporodową - do karmienia
* klapeczki do kąpieli i klapki - kapcie
* szlafroka nie brałam, bo rodziłam latem, ale później M. mi jednak go przywiózł
* bluzeczka na ramiączka z guzikami - w niej chodziłam non-stop
* jednorazowe majtki poporodowe, majtki bawełniane, biustonosz do karmienia
* podkłady do przewijania - przydały mi się bardzo i kobiecie z łóżka obok pożyczyłam, bo w moim szpitalu dawali tylko 1 szt. :-/
* podkłady poporodowe
* chusteczki nawilżane do twarzy, chusteczki do higieny intymnej, 
* szare mydło w płynie, mały szampon, mały żel pod prysznic, pasta, szczoteczka, 
* wkładki laktacyjne
* wodę termalną w spray'u - przydała się przy 36 stopniach C na dworze
* ręczniki papierowe, chusteczki higieniczne
* ręczniki (mały i duży)
* wodę niegazowaną, sok jabłkowy, biszkopty, 
* moja sąsiadka z sali miała jeszcze kosmetyki, ale że rzadko się maluję, to mi nie były zupełnie potrzebne.

Dzień przed wyjściem ze szpitala M. dostarczył mi rzeczy do ubrania dla mnie i dla Matyldy - wszystko leżało przygotowane w domu. Ja ubrana byłam w lniane luźne spodnie, białą bluzeczkę i miałam koszulę na wierzch, bo niestety padał deszcz - było chłodno. Miałam też moje ukochane tenisówki, w które noga wejść nie chciała, byłam jeszcze dość mocno opuchnięta :-p

Wiedziałam, że będę karmić piersią, jeśli będzie to tylko możliwe, ale laktatora nie kupowałam, tak samo maści na pękające brodawki. Do domu przyjechałyśmy w sobotę, w niedzielę rozpoczął się nawał, popękały mi brodawki - wyłam z bólu. M. pojechał do apteki, przywiózł mi nakładki do karmienia i tak się karmimy do dziś, nie wyobrażam sobie życia bez nich :-) Matyldę przystawiałam wtedy bardzo często, a na obolałe brodawki stosowałam jakąś maść naturalną, ale nie mogę sobie przypomnieć nazwy i miałam też Bephanten maść. Jak już nawal rozhulał się na całego, to pomógł mi prysznic i gorąca woda - mleko samo spływało, a jak chciałam poczuć ulgę, to liście kapusty chłodziłam w lodówce i wkładałam do stanika - dałam radę bez laktatora - Matylda była moim małym ściągaczem, ale najskuteczniejszym :-D Kochana Moja chciała ulżyć mamusi :-) Laktator w sumie kupiliśmy po około 3 tygodniach, zwykły ręczny, ale użyłam go może 5 razy i leży do tej pory - zupełnie nie trafiony zakup.

DZIECIACI KONTRA NIEDZIECIACI

Kiedy nie byłam jeszcze matką wszystko wydawało się łatwe, na wszystko miałam odpowiedź, nie rozumiałam rodziców, nie docierało do mnie, dlaczego matki gadają tylko o dzieciach, dlaczego tak ciężko pogadać z nimi o czymkolwiek innym, a teraz... Teraz ja jestem matką,  teraz moim pępkiem świata jest Matylda, teraz ciężko jest ze mną pomówić o czymś/kimś innym niż Ona, teraz Ona zajmuje mój cały czas, wszystkie myśli. Czasem się łapie na tym, że się wyłączam, kiedy rozmawiam   na inny temat niż dziecko, że odpływam gdzieś myślami, albo że tracę zupełnie wątek - trochę mnie to przeraża, bo czasem mi się wydaje, że nie mam już nic do powiedzenia...

Teraz wkurzam się, kiedy ktoś usilnie chcę się ze mną umówić, a ja nie jestem w stanie powiedzieć o której, bo nie wiem, o której wstanie Mati, bo nie wiem, o której będzie chciała iść na drzemkę -chociaż to mniej więcej się unormowało, bo karmię na żądanie, więc może Mała będzie chciała cyca częściej niż co 3 h, bo chodzimy na 2 spacery w ciągu dnia, więc też mamy jakiś plan ułożony.

Dla niedzieciatych albo tych, którzy mają odchowane dzieci jest trudno zrozumieć, jest trudno pojąć, dlaczego ze mną jest się trudno umówić, albo dlaczego nie odebrałam znów telefonu - nie odbieram, bo śpie - tak czasem śpie, czasem przymykam oko z Matyldą, nie odbieram, bo karmię, nie odbieram, bo jesteśmy już ubrane i wychodzimy na spacer, nie odbieram, bo czasem nie słyszę i wreszcie  nie odbieram, bo czasem mam zły dzień i nie chce mi się gadać! Bo ze mną nie da się umówić 3 dni wcześniej, nie da nawet 2 dni, najlepiej się ze mną umawiać z godziny na godzinę, chyba że właśnie coś zaplanowałam, to wtedy postaram się dostosować. Chodzimy na 2 spacery, chyba że pogoda nie pozwala, to jeden - nie mogę z nich zrezygnować, bo Matylda na nich śpi, co mam zrobić, ze Ona nie chce spać w domu, a jak zaśnie to na 20 min, przecież nie będziemy się obydwie męczyły. Dobrze, że chociaż na spacerze śpi, chociaż dziś miałyśmy sukces- SPAŁA W DOMU 1h 15 min-ale to pojedyncze zdarzenia - a może tak już będzie (?) - tego sobie życzę na Nowy Rok!

O! Więc morał z tego taki, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

WRÓCIŁAM

Moi Mili, przepraszam, troszkę Was zaniedbałam, ale tyle się działo, doba była za krótka na cokolwiek, ale obiecuję poprawę - Was jak najbardziej czytałam, nawet czasem skomentowałam - teraz wróciłam.

Minęły Święta - spędziliśmy je bardzo rodzinnie. Nasze pierwsze wspólne Święta! Tak na prawdę w ogóle nie było nas w domu, tylko na noce wracaliśmy, ale to akurat mocno mi odpowiadało, bo nie ma to jak u siebie w domku :-) Matylda nawet ściągnęła swoją pierwszą bombkę z choinki :-) Prezenty też dostała, ale bardziej interesowały JĄ świecące lampeczki.

Sylwester - też minął. Spędziliśmy wieczór razem z M., od dawna nie byliśmy sami w domu - było cudownie. Nie mogłam się doczekać, kiedy nareszcie będzie ten sylwester. Bałam się, że zaśniemy, ale nie - nadrobiliśmy gadanie/oglądanie filmów i przytulanie :-) Dużo nie brakowało, a powitałabym Nowy Rok karmiąc Matusię, ale skończyłam za 2 minuty północ - Matylda zasnęła. Na Nowy Rok postanowień brak, lubię planować, notować itd., ale postanowień nie robię, bo jak mam zamiar coś wprowadzić w życie, to robię to już teraz w tym momencie - przynajmniej się staram :-p Może to trochę jest tak, że boję się, że nic nie wyjdzie z moich postanowień. Wszystkiego dobrego w Nowym Roku - szczęścia!

Na ten Nowy Rok mam kilka planów odnośnie bloga, może zrobi się troszkę ciekawiej (?), ale o tym innym razem. Uciekam odpoczywać - dobrej nocy.
Copyright © 2014 ja-matka.pl , Blogger