Czy kosmetyki mineralne nadają się do szybkiego makijażu?

Czy kosmetyki mineralne nadają się do szybkiego makijażu?

Jestem beztalenciem mejkapowym. W życiu nie myślałam, że będę miała taką frajdę z testowania kosmetyków. Nie maluję się, nie umiem, nie mam o tym pojęcia, ale podobam się sobie w delikatnym makijażu. Najczęściej jednak sięgam po tusz do rzęs i krem bb. Mimo wszystko pogłębiam swoją wiedzę, uczę się (dziękuję za wszystkie tutoriale na jutubie) i coraz bardziej się jaram, kiedy nałożę na twarz coś więcej niż szminka. Kosmetyki mineralne do niedawna były dla mnie czarną magią, bałam się ich, nic o nich nie wiedziałam. Z dużym dystansem podchodziłam do podkładu i pędzla od Lily Lolo. Czy się przekonałam? Czy jestem zadowolona? Czy będę używać? Sprawdź dalej.


Zacznę od mascary - naturalny skład jest ogromnym plusem, jeśli mamy wrażliwe oczy - ja na szczęście takich nie mam. Obawiałam się klasycznej szczotki, nie mam z taką zbyt dobrych doświadczeń, częściej jednak wybieram te z silikonowym aplikatorem. I tu miłe zaskoczenie, bo szczotka daje radę, nie wiem, czy to kwestia konsystencji tuszu, czy mojej wprawy, ale oka po wszystkim czyścić nie musiałam. Mascara pogrubia i wydłuża rzęsy, co jest zauważalne gołym okiem. Ode mnie tusz dostaje wielkiego plusa. Nie mogę pominąć opakowania, bo wpasowuje się we mnie idealnie - biel, czerń, no ideał. Prostota i minimalizm.


Podkład i jego nakładanie pędzlem Kabuki. Pędzel jest tak miękki i delikatny, że mam ochotę się nim miziać nawet, kiedy makijażu nie robię. Gęste włosie powoduje łatwą aplikacje podkładu. Proszek mineralny wpada między maleńkie włoski pędzla i idealnie maskuje niedoskonałości na twarzy. Nie umiem zbyt wiele powiedzieć o samym pędzlu, bo nie mam wielkiego doświadczenia, ale dla mnie to ideał. Najlepszy pędzel jaki miałam. Co z podkładem? Podkład jest dobrany rewelacyjnie, obsługa sklepu odpowiadała wyczerpująco na każde zadane przeze mnie pytanie. Kolor ostateczny wybierałam sama, ale mogłam liczyć na pomoc i dużo wskazówek. Nigdy nie byłam taka zadowolona  z podkładu jaki miałam na twarzy. Owszem, muszę się jeszcze podszkolić w nakładaniu go na twarz, ale i tak jestem pod mega wrażeniem. Wybrałam kolor Warm Peach. Podkłady mineralne mają to do siebie, że uwydatniają nasze niedoskonałości, dlatego tak ważne jest nawilżanie skóry. Nakładam krem, później korektor i na to podkład. Trzy cienkie warstwy zapewniają mi delikatne krycie i bardzo naturalny makijaż. W miejscach, gdzie potrzebuję tego krycia bardziej, nakładam dodatkową warstwę. Makijaż utrzymuje się spokojnie prze 8h, wieczorem jest lekko wytarty, ale nadal wygląda świeżo. Poradziłam sobie z podkładem, poradzę sobie i z różem - tak myślałam.



Róż jest delikatnie rozświetlający, mocno naturalny i bardzo dobrze kryjący, co na początku okazało się moją zmorą. Jest tak delikatny i lekki, że podczas pierwszej aplikacji nałożyłam go tak dużo na policzki, że wyglądałam jak klaun. Później już wiedziałam w czym rzecz, więc po prostu nakładałam róż delikatniej. I tu znowu mega zachwyt. Buzia nabrała fajnego blasku, makijaż nie jest sztuczny. Cera wygląda zdrowo i ładnie.


Na początku napisałam, że jestem totalnym laikiem makijażowym, dlaczego zatem zdecydowałam się napisać recenzję? Właśnie dlatego, że chciałam Ci pokazać, że mimo braku umiejętności, mój makijaż wygląda całkiem dobrze, co może oznaczać tylko tyle, że z kosmetykami mineralnymi może poradzić sobie każdy. Nie taki diabeł straszny, serio! Na wykonanie podstawowego makijażu potrzebujesz dosłownie kilku minut. Można? Można. Jest szybko i łatwo, a to ma duże znaczenie dla każdej kobiety, kiedy mały człowiek wisi przy nodze. Wszystkie opisane przeze mnie kosmetyki możesz kupić w sklepie Costasy


Jak Ci się podoba? Znasz kosmetyki mineralne? Używasz?
Z MAŁYCH PRAGNIEŃ ZBUDOWANY JEST ŚWIAT

Z MAŁYCH PRAGNIEŃ ZBUDOWANY JEST ŚWIAT

Dzieci są dla mnie wszystkim. Kocham je całą sobą. Uwielbiam. Każdego dnia doceniam, że są ze mną, że mogę się nimi cieszyć. Mimo to przychodzą czasem takie dni, że mam dość, że jestem zmęczona jak wół. Nie chodzi nawet o sen, bo do jego braku już przywykłam, ale zwyczajna chwila tylko dla mnie byłaby wybawieniem. Tylko czasem się nie da, zwyczajnie, nie ma takiej możliwości.


Wiem, że dzieci rosną, że jeszcze zatęsknię, że przyjdzie dzień, kiedy będę z łezką w oku wspominała, że cisza będzie huczała w uszach, ale dziś nie. Dziś chciałabym odpocząć. Tak bardzo chciałabym odpocząć.

Ile bym dała za chwile z samą sobą. Chciałabym rozpakować i zapakować pralkę sama. To samo zmywarka. Chciałabym się nie śpieszyć, nie łapać naczyń w biegu, bo mały człowiek postanowił mi pomóc. Chciałabym w toalecie być sama i pomalować się sama. Chciałabym poleżeć nieco dłużej, nie musieć nikogo ubierać, rozbierać, przebierać. Chciałabym sprzątać sama, a nie sprzątać i zastanawiać się po co, skoro za kilka minut będzie taki sam bałagan. Chciałabym lustro móc umyć i mieć je czyste przez dłużej niż 10 minut. Na spacer poszłabym sama i zakupy zrobiła też sama. Chciałabym wejść do przymierzalni w sklepie i nie mieć zadyszki od przebierania się. Chciałabym pochodzić bez buły w sklepie i bez "mamo kupisz mi coś słodkiego". Tyle tego chciejstwa, że ciężko wszystko tu zmieścić. Zwyczajnie, po ludzku - chciałabym jak normalny, dorosły człowiek mieć trochę swobody. Moje małe pragnienia, maleńkie. 

Rodzi się mały człowiek i zawłaszcza cały Twój czas, całe Twoje szaleństwo odchodzi na bok. Trzeba to przetrwać i nie mam z tym problemu, bo dzieci, to szczęście, ale kiedy kolejne tygodnie mijają, a Ty dalej w tych pieluchach, kupkach i kaszkach, to można mieć dość.

Wiele bym dała za babcię na miejscu, za inną pracę M., ale niestety... Owszem, kiedy jest sytuacja awaryjna, to mogę liczyć na Babcię, ale nie będzie przyjeżdżała na każdą moją zachciankę. Radzimy sobie sami. Mój odpoczynek, to dłuższa historia, bo musimy to dobrze pogodzić z pracą M. Mogę odpoczywać w niedzielę, ale wtedy chcę czas spędzić z rodziną, bo to jedyny dzień, kiedy możemy być razem. Tak koło się zamyka.

I kiedy tak sobie narzekam, marudzę i jęczę, że tak mi źle, tak niedobrze, to zdaję sobie sprawę, że takie chwile są potrzebne, żebym mogła docenić to, co mam. Odpocznę, uśmiechnę się i będę kochała jeszcze bardziej. Będę miała jeszcze więcej siły i chęci. A dzisiaj? Dzisiaj sobie pozwalam na chwilę słabości. Ot tak, wolno mi. I Tobie też wolno. Narzekaj, marudź, ale nie pozwól, żeby smutek zawładną Twoim życiem. Jutro będzie lepiej. Wiosna, słonko, dłuższy dzień. Będzie dobrze.
PAMIĄTKA MLECZNEJ DROGI

PAMIĄTKA MLECZNEJ DROGI

Karmię piersią Kajetana. Karmiłam też Matyldę. Czuję pomału, że nasza mleczna droga zbliża się ku końcowi. Dałam swoim dzieciom wszystko, co najlepsze. Jestem dumna z siebie i ze swoich maluchów, ale też z Michała, bo bez jego wsparcia nie dałabym rady. Jestem szczęśliwa, że nam się udało. Nie wiem, czy będzie mi dane jeszcze kiedykolwiek mieć małego ssaczka, stąd moje sentymenty. Bardzo chciałabym zapamiętać te momenty - i te piękne i te bardzo trudne. Karmienie piersią, to wyboista droga, ale warto, naprawdę warto!


Nie jestem żadną maniaczką i te z Was, które mnie czytają, na pewno doskonale o tym wiedzą, ale kiedy zobaczyłam na FB zdjęcia biżuterii z mlekiem mamy, to wiedziałam, że jest stworzona dla mnie. Z resztą pokazywałam Ci ten pierścionek w mojej liście marzeń z okazji dnia kobiet. M. widział, jak świecą mi się do niego oczy, wiedział, jakie to dla mnie ważne, ile sprawiłby mi radości, no i mam. Nie jest to tania, bazarowa biżuteria, więc mam załatwione prezenty do końca roku, ale było warto, bo ręczna robota wynagradza wszystko. Wybrałam pierścionek z żółtego złota (próba 585) z "perełką" z moim mlekiem. Magia, prawda?

Pamiątka mlecznej drogi cenniejsza niż zdjęcia, takie mam poczucie. Serio, kiedy zakłam pierścionek na palec, to czują ogrom emocji. Nawet nie umiem sobie wyobrazić, ile będzie dla mnie znaczyła ta błyskotka za kilkanaście lat. Mam nawet taki obraz przed oczami, jak przekazuje go swoim wnukom, kiedy siedzę przy kominku. Wiem, wiem - wyobraźnia mnie ponosi, naoglądałam się filmów, ale tak się rodzą wspomnienia. Chciałabym, żeby ten pierścionek był w przyszłości ważny nie tylko dla mnie. Rozczulają mnie kropelki powietrza w mojej perełce, które widoczne są na poniższym zdjęciu.





Dla mam, które nie karmią piersią, a chciałyby zachować w pamięci ten czas niemowlęctwa swoich dzieci też jest opcja - biżuterię można wykonać z mlekiem, z kikutem pępowinowym albo z pierwszymi włoskami. Do wyboru jest też kruszec z jakiego można wykonać biżuterię - złoto żółte lub białe. Niezapominajka, to jedyne miejsce w sieci, które ma taki wybór. Najbardziej bałam się przesłania mleka, bo najpierw trzeba je odciągnąć, później wysłać, ale na stronie wszystko jest jasno wyjaśnione, więc czekałam tylko na wiadomość, że pierścionek do mnie jedzie. Nie obyło się bez przygód z kurierem, koniec końców pierścionek jest u mnie, a ja jestem przeszczęśliwa. 

Jaki masz stosunek do takich pamiątek? Zrobiłabyś sobie taką biżuterię?
MOJE BLOGOWANIE

MOJE BLOGOWANIE

Piszę od ponad trzech lat, zaczęłam krótkim wpisem z powitaniem. Pisałam, uczyłam się, zmieniałam. Było kilka przełomów, kilka przemian. Zmiany pewnie będą już zawsze, bo lubię, kiedy coś się dzieje. Lubię zmieniać, przestawiać, odświeżać. Nowy szablon? Czemu nie! Logo? Owszem! Mam wtedy większą ochotę, żeby działać. 


Wyjaśnijmy sobie od razu, że to nie jest post poradnikowy. Nie znam się, wciąż się uczę. Każdego dnia odkrywam coś nowego. Gdyby nie blogowe koleżanki, to nie wiedziałabym większości rzeczy. Nie znam sposobu, nie wiem, jak się przebić, nie jestem specjalistką. Nie mam kasy na biznesplan i trochę jestem przerażona tym, jak ten nowy świat wygląda. Niech każdy idzie własną ścieżką.

Własna droga. Kiedy zrozumiałam, że każda z nas jest inna, że każda z nas ma inne potrzeby, inne aspiracje, to zrobiło mi się lżej. Przestałam się porównywać. Chętniej zaczęłam tu zaglądać, pisać. Poczułam, że bardziej mi się chce. Dotarło do mnie, że nie muszę być taka, jak wszyscy - o tym będziecie mogli przekonać się już niebawem. Pokaże więcej naszego prawdziwego życia.

Kiedy zaczynałam pisać, to myślałam, że to nic trudnego. Siadam, piszę i gotowe. Nic bardziej mylnego. Każdy tekst, każde zdjęcie, to normalna praca. Tym bardziej, jeśli wszystko robisz sama. Nie wiem, jak musi to funkcjonować u tych najbardziej popularnych blogerów. Szacun, serio!

Zaczynałam pisać i miałam nadzieję, że manna z nieba będzie sama leciała. Gówno prawda. Manny nie mam do dziś, ale nie, nie narzekam, bo dla mnie jest dobrze. Ściemniałabym, gdybym napisała, że nie myślałam o jakichś współpracach, że nie marzyłam o tych wszystkich gadżetach od firm. Marzyłam, ale dziś wiem, że żeby coś osiągnąć trzeba dużo dać od siebie, ogrom pracy, chęci i samozaparcia. Miałam parcie, teraz go nie mam. Zbyt wiele zrozumiałam. Powiem jeszcze jedno. Kiedy ja odpuściłam, to wszystko zaczęło się kręcić samo.

Nie będę popularna, ale czy to jest ważne? Jakiś czas temu myślałam, co zrobić, żeby się przebić, żeby wybić, żeby mieć więcej? Dzisiaj o tym nie myślę, a nawet powiem więcej - jest dobrze tak, jak jest. Owszem byłoby mega fajnie móc zrobić z bloga biznes, ale to nie jest mój czas jeszcze. Nie czuję presji. Mam fajnych czytelników. Małą, ale wierną grupkę. Każda wiadomość, każdy komentarz jest dla mnie na wagę złota. Uwielbiam z Wami rozmawiać, pisać, polecać i radzić się. Uwielbiam być dla Was. I bardzo dziękuję, że i Wy jesteście.

Blog jest moim pamiętnikiem. Zaczęłam pisać, bo bałam się, że zwariuję po narodzinach Matyldy. To moja odskocznia, tu uciekałam w trudnych chwilach. Później dzieliłam się z Wami swoimi osiągnięciami, bo bardzo chciałam się zmienić i przypomnieć sobie, że jestem również kobietą. Jestem zupełnie inna osobą. ostatni rok, to same zmiany. Zmieniam się każdego dnia.

Dlaczego o tym piszę? Po zmianie szablonu przejrzałam też wszystkie wpisy na blogu, najpierw chciałam je usunąć, bo są szczerze mówiąc słabe, ale kiedy przemyślałam wszystko, to stwierdziłam, że właśnie dzięki tamtym wpisom dzisiaj jestem inna, dzięki tamtym wpisom lepiej piszę (wciąż nieidealnie), dzięki tamtym wpisom jestem tu, gdzie jestem.

Jestem malutkim blogiem, piszę ku pamięci, o swoich przeżyciach, przemyśleniach i tego nie chcę zmieniać. Chociaż szykuję też kilka zmian, to chcę, żeby blog był miejscem, do którego chętnie wracacie. Jesteście z mną?
Hygge DUŃSKA SZTUKA SZCZĘSCIA

Hygge DUŃSKA SZTUKA SZCZĘSCIA

Czym dla Ciebie jest szczęście? Potrafisz odpowiedzieć? Potrafisz powiedzieć, co sprawia Ci największą radość? Co powoduje, że uśmiechasz się na zawołanie? Jeśli nie umiesz odpowiedzieć, albo wydaje Ci się, że chyba wiesz, co jest dla Ciebie szczęściem, to koniecznie przeczytaj Duńską Sztukę Szczęścia.


Hygge DUŃSKA SZTUKA SZCZĘŚCIA Marie Tourell Soderberg - to krótkie historie Duńczyków, którzy jak nikt inny potrafią cieszyć się życiem, dostrzegają najmniejsze rzeczy. Ania Przybylska kiedyś pięknie powiedziała: "jeśli rzeczy małe nie będą cieszyły, to i duże nigdy nie ucieszą" i to jest kwintesencja tej książki. Serio.

Pierwsze, co przyciągnęło mnie do tej książki, to szata graficzna. Złoto, granat jest mega. Nie wspomnę już o tym, co jest w środku. Nie będę Ci pokazywać, bo zobaczysz sama, jak zaczniesz czytać, ale to taka książka, takie zdjęcia, do których się wraca. W życiu jej nie oddam, nie wyrzucę, a nawet nie pożyczę. Leży w salonie w koszyczku z książkami, za każdym razem, kiedy na nią patrze, to się uśmiecham. Ty też będziesz, jestem pewna.

Co to jest HYGGE? To umiejętność dostrzegania tego, co sprawia nam przyjemność. To cudowne uczucie spełnienia. To radość z każdej chwili. To pełnia szczęścia w domowym zaciszy, w gronie rodzinnym, to wyjątkowe chwile spędzone w przyjaznym środowisku. 

To niby poradnik, ale wg mnie w ogóle nim nie jest, bo opowieści, które znajdują się w książce są bardzo pomocne w odnalezieniu szczęścia. Nauczeniu się dostrzegania tego, co ważne. W książce mamy przepis na proste, ale efektowne życie. Proste jedzenie, chwile z rodziną, przyjaciółmi, to pełnia szczęścia. Sprawdź też inne bestsellery w księgarni, na pewno znajdziesz coś dla siebie.

Moja pełnia szczęścia? Chwila tylko dla mnie, 10 minut w wannie, kiedy słucham muzyki. Chwila z książką w ręku, czy radość dzieci, kiedy przygotuję ich ulubiony obiad. Przytulające się maluchy, słońce za oknem, to wszystko może dać nam szczęście.

Co Tobie sprawia przyjemność? Co powoduje, że jest Ci dobrze? 
MÓJ RANKING WÓZKÓW BUGABOO

MÓJ RANKING WÓZKÓW BUGABOO

Ranking. Wielkie słowo. Nie jestem żadnym ekspertem, dzielę się z Wami moją opinią o wózkach. Faktem jest, że akurat przy Bugaboo ciężko jest mi się doszukać jakichkolwiek wad, bo to bardzo dobra jakość i świetny wygląd. Jedynym minusem może być cena, ale jak już wielokrotnie powtarzałam, to kasa do odzyskania. Jestem pewna, że jak tylko spróbujesz używać wózki Bugaboo, to podzielisz moje zdanie. 


1. Bugaboo Cameleon 3 - nikogo chyba nie zdziwi pierwsze miejsce. Dla mnie to najlepszy wózek, jakim miałam okazję jeździć, albo jaki miałam okazję prowadzić. Dobrze wygląda, dobrze się prowadzi, ma świetną amortyzację. Ideał! To wózek, który wybrałabym dla kolejnego malucha. Daje radę na mojej dziurawej drodze, daje radę na plaży, w śniegu też sobie radzi. Cameleon rządzi!


2. Bugaboo Bee 3 - pszczółka. Mała, zwinna, zgrabna, śliczna. Wózek w ze spacerówką jest ładny, ale to z gondolą wygrywa - mistrzostwo świata. Uwielbiam takie wózki, uwielbiam tą inność. Niech Cię nie zmylą te małe kółeczka, one naprawdę dają radę - może nie nadają się na moje polne drogi, ale jak doczekam się kiedyś utwardzonej drogi i kolejnego dziecka, to Bee będzie mi towarzyszył. Oryginalny maluszek!


3. Bugaboo Donkey - wózek wielofunkcyjny. Pompowane koła, to coś czego mi zawsze w wózku brakowało, nie przepadam za nimi, bo są toporne, ale lekkość prowadzenia wózka wygrywa. Duży wózek z dzieciakami, a prowadzi się go bardzo łatwo. Dzieciaki obok siebie, a wózek mieści się w drzwiach "80" - mega. I ten koszyk na torebkę - ideał dla każdej kobiety.


4. Bugaboo Buffalo - to wózek, do którego nie poczułam mięty. Jest fajny, dobrze jeździ, ale jest dla mnie zdecydowanie za duży. Nigdy nie lubiłam takich ogromnych wózków, ale dla zwolenniczek większych gabarytów będzie idealny. Bardzo odpowiadało mi rozkładanie siedziska, bo wystarczy do tego tylko jedna ręka. Fajne rozwiązanie.


5. Bugaboo Runner - co prawda tego wózka nie testowałam, bo kompletnie nie mam pojęcia, jak powinien się prowadzić i zachowywać wózek do biegania, ale znając powyższe wózki, to jestem skłonna stwierdzić, że i Runner nie zawiedzie osób, które potrzebują właśnie takiego modelu. 

Wszystkie wózki Bugaboo dostępne są w 4KIDS.
BUGABOO DONKEY - FAJNY WÓZEK WIELOFUNKCYJNY

BUGABOO DONKEY - FAJNY WÓZEK WIELOFUNKCYJNY

Wózek petarda. Ogromny karton, wielki wóz, duże koła, dwa siedziska. Radość Matyldy. Obiecałam Mati, że przyjedzie wózek, którym będzie mogła jeździć i ona i Kajetan. Czekała na niego jak na największą niespodziankę. Jest. Przyjechał. Rozłożyłam i pół dnia nie miałam dzieci. Serio. Najpierw Mati chciała spać w wózku razem z Kajtem, później siedzieli w nim obydwoje i się wygłupiali. Mówię Ci, kupuj wózki, gorąca kawa jest Twoja. 


Bałam się pierwszego spaceru Donkeyem, bo byłam pewna, że nie dam rady. Ogromny wózek, ja kurdupel, waga dzieciaków - no nie przeskoczę - myślałam. I tu mega zaskoczenie, bo wózek z łatwością prowadziłam nawet jedną ręką. To zasługa dużych, pompowanych kół. Podbija się też całkiem dobrze. Jestem szczerze zaskoczona, że tak duży wózek, ze sporą masą obciążeniową tak daje radę. Rewelacja.

Donkey, to wózek wielofunkcyjny. Dlaczego? Dlatego, że przyda się dla bliźniąt, dzieci rok po roku, a i dla jednego malucha będzie ok. Wersja TWIN jest dla bliźniąt - na ramie możemy zamocować dwie gondole, później dwa siedziska. Opcja rok po roku - DUO - to mocowanie gondoli i siedziska na jednej ramie. I dla jednego dziecka - MONO plus boczna torba dla mamy - ideał. Rama wózka jest rozkładana - wystarczy, że przyciśniesz 3 białe guziczki, rozsuniesz stelaż i masz wózek dla dwójki dzieciaków. Można? Można! 

Standardem jak w każdym Bugaboo jest obszerna budka, teleskopowa rączka, przekładane siedziska - możliwość zamontowania jednego przodem do rodzica, a drugiego przodem do kierunku jazdy. Ogromny kosz na zakupy z kieszonkami na mniejsze gadżety. Nowy materiał na rączce i pałąku jest dodatkowym atutem. Możliwość złożenia stelaża razem z siedziskami, to fajna opcja, ale wymaga sporego bagażnika, my jednak woleliśmy składać wózek w częściach, zdecydowanie mniej miejsca zajmował. Minusem niestety jest cena. 









Siedziska wydawały mi się małe na pierwszy rzut oka, a na pewno wąskie, ale kiedy wsadziłam do wózka dwie wcale niemałe dziewczynki, to zrozumiałam, że moje obawy były kompletnie niezasadne. Matylda ma około 100 cm wzrostu i spokojnie się mieści do wózka. 

Wózek do kupienia w 4KIDS.
DZIEŃ Z ŻYCIA DZIECKA

DZIEŃ Z ŻYCIA DZIECKA

Skąd tyle siły w takim małym ciałku? Skąd tyle energii? Jak to możliwe, że jeden mały człowiek potrafi zrobić taki huragan w kilka minut? Nie ogarniam regeneracji małych ludzi, oni chyba faktycznie się ładują. Dzisiaj przez głowę przeszła mi taka myśl, że najpierw kiedy jesteśmy dziećmi, to nie możemy się zatrzymać, bo ciągle coś nas interesuje, ciągle chcemy gdzieś iść, coś widzieć - poznawać świat, a kiedy jesteśmy już dorośli, to po prostu nie możemy się zatrzymać, bo obowiązki, bo właśnie dzieciaki nas ganiają, bo tyle jest do zrobienia...


Wstają dwa stwory skoro świt. Biegają, skaczą, tupią, tańczą, śmieją się - hulaj dusza. Wpadają do pokoju i ciągle w biegu. To książka, to "skarby", to kuchnia, w między czasie może byśmy coś zjedli, to pić, to siku, to znów książki. Nie ogarniam. Nie nadążam. Nie wtrącam się. Obserwuję. Patrzę. Słucham. Jestem z nimi, ale obok. Pomagam, ale nie narzucam swojego zdania. Siedzę. 

Tornado. Wystarczy 15 minut, żeby pokój wyglądał jak pobojowisko. Nie mam z tym problemu, bo zawsze po zakończonej zabawie sprzątamy. Z Matyldą bywa różnie, czasem musimy negocjować, bo dziewczynka jest charakterna, oj jest. Za to Kajetan na słowa;"sprzątamy", odkłada książki na półkę, zbiera klocki - oczywiście na tyle, na ile potrafią to zrobić roczne rączki.






Dzieci, to emocje. To nauka emocji. Bywa różnie, serio. Czasem bawią się zgodnie, czasem kłócą na każdym kroku. Kajetan zabiera zabawki, Matylda ucieka na łóżko - piętrowe jest idealne. Mati swoje, Kajto swoje. Jest śmiech. Jest płacz. Są awantury. Jest miłość.

Intensywny dzień kończymy w łóżku, wiadomo. Kąpiel - oczywiście razem. Kolacja. Trzeba jeszcze poskakać, powygłupiać się, pobawić, bo w ciągu dnia było za mało czasu. trzeba nadrobić. Czasem leżę obok nich i myślę, że jeśli jeszcze raz usłyszę ten pisk, ten krzyk, to nie dam dłużej rady. Serio, nie wiem, jak dzieci funkcjonują, że mogą krzyczeć, śmiać się, płakać i nie czuć tego zmęczenia, które odczuwa dorosły... Powiedz, że masz podobnie. Proszę.






Sukienka Matyldy - bonprix
Kombinezon Kajetana - bonprix
Piżamki - bonprix
Copyright © 2014 ja-matka.pl , Blogger