PROJEKTY ALTAN - O CZYM MARZĘ?

PROJEKTY ALTAN - O CZYM MARZĘ?

Lato. Słońce. Całe dnie na dworze. To lato nie było dla nas łaskawe, na palcach obu rąk mogę policzyć dni, kiedy naprawdę było ciepło, kiedy bez kurtek przeciwdeszczowych wychodziliśmy na spacer. W ogródku spędziliśmy bardzo mało czasu, czego nie mogę odżałować, bo przecież po to kupiliśmy dom, żeby korzystać. Niestety nie mamy żadnego zadaszenia, żadnej altany. Stąd też decyzja o zbudowaniu czegoś w przyszłym roku, a dlaczego już teraz o tym piszę? Po pierwsze dlatego, żeby wiedzieć na jaki koszt się nastawić, po drugie dlatego, że łatwiej się funkcjonuje, kiedy mamy jakiś cel. 

Zdecydowaliśmy tym razem, że sami nie będziemy kombinować, bo często z tego naszego planowania nic nie wychodzi, a jak już coś wyjdzie, to w efekcie końcowym nie jesteśmy zadowoleni. Dlatego zaczęliśmy przeglądać projekty altan. I przepadliśmy. Powiem Ci, że patrzeć na projekt i wyobrażać sobie, że za jakiś czas takie cudo może się pojawić w naszym ogródku, to jakiś kosmos. 

No dobra, do rzeczy. Opowiem Ci najpierw, czego szukamy, co chcemy mieć w tej naszej altanie, a na koniec pokażę Ci projekty, które najbardziej przypadły nam do gustu.

Altana musi mieć zadaszenie - nie wiem jeszcze, czy wystarczy takie zrobione z materiału, czy koniecznie będzie musiał być dach, ale musimy mieć możliwość schowania się przed deszczem. Oczami wyobraźni widzę nas, kiedy pijemy ciepłą herbatę, ja jestem owinięta kocem, dzieciaki tworzą swoje małe arcydzieła. Jest ciepło, deszcz delikatnie stuka o dach - jest dobrze. Jest tak, jak być powinno. Altana koniecznie musi być połączona z miejscem do przechowywania drewna, żeby móc napalić w kominku, kiedy nadejdą chłodne dni. Musimy też trzymać gdzieś rowery, kosiarkę i całą resztę około domowych narzędzi. Michał chce mieć miejsce do pracy - wiesz, stół z tymi wszystkimi śrubkami, śrubokrętami i różnymi dziwnymi urządzeniami. Generalnie sporo tego, ale jak się okazuje, wszystko jest do zrobienia. 

Zacznę od projektu, który przypadł mi najbardziej do gustu, który najbardziej się nadaje i jest taki piękny, taki idealny i tak naprawdę, to już zdecydowałam, ale pozostawiam nam jeszcze furtkę, bo do kolejnego lata daleko. 

Projekt budynku gospodarczego Murator GC101 Budynek gospodarczy WAJ3707
To jest spełnienie moich marzeń. Uwielbiam drewno i tą otwartą przestrzeń. Połączenie altany i tych naszych zakamarków. No petarda. Cały czas zastanawialiśmy się nad tym, czy budować z samego drewna, czy z połączenia z jakimś innym materiałem, ale biorąc pod uwagę nasze wiatry, to jednak wylane fundamenty mogą okazać się bezpieczniejsze. Jedną z odkrytych ścian osłoniłabym półprzezroczystą moskitierą, byłoby urokliwie. Do tego lampiony i trochę świecących lampek. Nie mogę się doczekać. 

Projekt altany G332 SLN2378
Zupełnie inna konstrukcja, inny styl. Bardziej zabudowane ściany, co fajnie mogłoby się sprawdzić własnie podczas deszczu. Do końca jednak nie jestem przekonana, czy potrzebujemy aż takiej konstrukcji, skoro do domu mamy zaledwie kilka kroków. Wszystko jest kwestią przemyślenia, ale póki co pozostawiamy sobie wybór.

Projekt altany A4 - altana ogrodowa z grillem BBH1003
Ta jest tak piękna, że gdybym tylko mogła, to już dziś zrezygnowałabym z tych wszystkich dodatkowych pomieszczeń na narzędzia i kosiarki. Niestety muszę myśleć racjonalnie. Dlatego pomyślałam, że część tej altany moglibyśmy dostosować do swoich potrzeb i zabudować ją tak, żeby mieć dwa w jednym. Nie wiem, jak się to będzie miało, jak projekt zostanie przekształcony, ale warto zobaczyć i przemyśleć, tym bardziej, że grilla, który jest w środku altany tak naprawdę nie potrzebujemy. 

Dziewczyny, pomóżcie. Który z projektów podoba się Wam najbardziej? Który od razu podbił Wasze serce? Może jednak możecie mi zasugerować coś innego? Może macie już swoje altany i wiecie, co się sprawdza, a co kompletnie nie. Będę wdzięczna za każdą podpowiedź. 
USUNIĘCIE TRZECIEGO MIGDAŁKA

USUNIĘCIE TRZECIEGO MIGDAŁKA

Adenotomia - to zabieg usunięcie trzeciego migdałka. Trzeci migdałek z założenia ma chronić organizm przed drobnoustrojami. Niestety czasem tak się nie dzieje i migdałek zamiast pomagać, to szkodzi. Tak właśnie było w naszym przypadku. Różne są opinie, różne są historie - my jednak zdecydowaliśmy, żeby ten migdałek usunąć. Dlaczego? Jak to wyglądało? I jak Matylda czuje się po zabiegu? Przeczytaj koniecznie dalej.


Zaczęło się od tego, że Mati przestała słyszeć. Kontrola u pediatry, skierowanie do laryngologa, wizyta i już wszystko jasne. Matylda słyszała bardzo słabo przez około dwa tygodnie, oczywiście w tym czasie z nosa leciało jej jak z kranu. Ostatni rok, to pasmo chorób, więcej w domu, niż w przedszkolu. Męczarnia i Matyldy i moja. Było słabo. Powiem szczerze, że na zabieg czekaliśmy  jak na zbawienie, pokładamy w nim wielkie nadzieje i liczymy na to, że całe to chorowanie w końcu wyhamuje. Zobaczymy. Przyczyną niedosłuchu okazał się przerośnięty migdałek.

Pierwszy termin mieliśmy w kwietniu, oczywiście tydzień przed Mati się rozchorowała - temperatura 40 stopni, brak innych objawów. Na szczęście nasza lekarka jest bardzo dociekliwa i wykluczyliśmy różne choroby. Taka sytuacja powtórzyła się dwa razy. Ustaliliśmy kolejny termin zabiegu - najpierw październik,  później sierpień. Całe wakacje Mati spędziła w domu, żeby nie kusić losu, żeby jej nie narażać, żeby do zabiegu była zdrowa. Udało się, jedziemy do szpitala.

Tydzień przed zabiegiem byliśmy na pobraniu krwi. Zbieraliśmy też zaświadczenia - od pediatry i stomatologa. Zabieg mieliśmy wyznaczony na wtorek, okazało się, że to tylko przygotowanie. Wróciłyśmy do domu. W środę rano stawiliśmy się na oddziale. Dopiero do mnie dotarło, co się będzie działo, co nas czeka i jak bardzo się boję. 

Mamy łóżko, pielęgniarka przygotowuje "motylka", mamy też tabletkę w kieliszku - czekamy na znak. Podałam Mati tabletkę i zrobiło się wesoło. Wiesz jak działa "głupi Jaś"? Jedni się wyciszają, inni zasypiają, a jeszcze inni są pobudzeni, ale bez sił. Matylda była śmieszna i chyba ten jej błogi uśmiech trzymał mnie w pionie. Była 9:02, kiedy żegnałam się z Mati przed wjazdem na salę operacyjna. To jest okropne, ona popłakiwała za mną, ja nie mogłam nic zrobić. I to było moje jedyne zastrzeżenie do szpitala, w którym byłyśmy, bo byłoby mega fajnie, gdyby Mati mogła zasypiać przy mnie. Nie popadajmy jednak w paranoje, nic złego się nie działo. Większości i tak po zabiegu nie pamiętała. Pozwolono Mati wziąć ze sobą pluszaczka, a po zabiegu pluszak wyjechał z czapką lekarską, więc chyba się przydał. 

9:46 otwierają się drzwi od sali operacyjnej, widzę Matyldę, popłakuje. Serce mi pęka. Chce mieć ją przy sobie. Tu zaczyna i kończy się mój koszmar. Pomagam pielęgniarce wjechać łóżkiem na salę, nie widzę nic, chcę być przy swoim dziecku. Matylda charczy, chrapie, furczy - płacze. Ma zmieniony głos. Płacze, przysypia, chce się przytulić, odpycha. Salowa przynosi mi poduszkę, mówi, że mogę położyć się obok Mati. Jest spokojniej. Matylda zasypia. Obudziła się na dobre około 11. Była na lekach przeciwbólowych, więc czuła się dobrze. Chciała pić, wiec się napiła - ciężko było przełykać, ale dała radę. Po chwili chciała jeść, zjadła banana. Za chwilę był obiad - zjadła zupę i drugie danie. Zaczęła się wydurniać, wiedziałam, że wszystko wraca do normy. Około 18 byliśmy już w domu. 

Matylda nadal wraca do zdrowia, ale powiem Ci szczerze, że absolutnie nic jej nie jest. W ogóle nie było. Przez dwa pierwsze dni miała problem z ziewaniem i kichaniem. Pierwszej nocy trochę płakała, ale ani razu nie dostała żadnych leków przeciwbólowych. Teraz ma małe skrzepy krwi w nosku. Dostaliśmy zalecenie, żeby przez pierwsze 5 dni nie wychodzić na dwór, a przez 14 dni nie przebywać na słońcu, nie jeść ostrych i kwaśnych potraw, nie biegać, nie skakać, nie przemęczać się, nie brać gorących kąpieli. Wszystko to, co mały człowiek lub najbardziej. 

Jestem mega dumna z Matyldy, jest moja bohaterką, moją małą twardzielką. Wiele słyszałam historii o tym, jak dzieci źle przechodziły czas po zabiegu, jak okropnie się czuły, a Mati tak naprawdę ani razu nie wspomniała, że coś jej dolega. Nie wiem, jak będzie wyglądał dalszy czas, czy będziemy faktycznie zadowoleni z zabiegu, czy Mati nie będzie chorowała, ale mimo to wiem, że zrobiłam to, co razem z kilkoma lekarzami uznaliśmy za odpowiednie. Usunięcie migdałka to bardzo łatwy zabieg, gorsza jest narkoza i emocje rodzica, bo przecież każdy ból moglibyśmy wziąć na siebie, byleby dziecko nie cierpiało. Matylda dała radę jak zawsze, ja poznałam nową siebie i liczę na to, że każda z nas na tym zyska. 

Dziewczyny, jeśli macie jakieś pytania, jestem do Waszej dyspozycji.
NAJLEPSZE KAPCIE DO PRZEDSZKOLA

NAJLEPSZE KAPCIE DO PRZEDSZKOLA

Każda z nas chce dla swojego dziecka jak najlepiej. Każda chce, żeby było ładnie, wygodnie i zdrowo. Wybieramy wszystko, co najlepsze - testujemy. Szukamy informacji w internecie, czytamy, co polecają specjaliści. Smoczki, ubranka, kosmetyki, pierwsze buty, pierwsze kapcie. Rok temu, kiedy Mati rozpoczynała swoją przygodę z przedszkolem, rwałam włosy z głowy, kiedy przeszukiwałam kolejne strony w poszukiwaniu najlepszych kapci. W końcu znalazłam, przetestowałam prze pierwszy rok przedszkola i teraz już nie szukam, bo oczywiste było dla mnie, że wybiorę te kapcie. Ciekawa jakie? 


Już Ci wszystko piszę. Matylda najpierw miała kapcie miękkie - takie paputki, które kompletnie się nie sprawdziły, bo dzieciaki stawały jej na palce, bo w stópkę było chłodniej niż w normalnych butach, no i najważniejsze - stopa w żaden sposób nie była ustabilizowana - Mati co prawda nie ma problemów z nogami, ale po wizycie u fizjoterapeuty wiemy, że jedna ze stópek ma skłonność do koślawości. Zdecydowałam, że kupimy dobre i porządne kapcie - padło na Slippers Family. Rok temu Mati wybrała model Koala zwany przez nią "słoniami" - szare z różową podeszwą - zapinane z tyłu na zameczek. Były idealne. Teraz wybrałyśmy również Slippersy, miały być z nowej kolekcji szare w różowe gwiazdki, ale niestety ich nie było, dlatego Matylda wybrała różowe, co mnie bardzo ucieszyło, bo od samego początku obdarzyłam je wielką miłością. 

Premium Collection różnią się trochę od naszych poprzednich. Nowe są zapinane z przodu na rzep, co jest wielkim ułatwieniem, bo Matylda czasami miała problem z zapięciem zamka. Dodatkowo dzięki temu zapięciu mamy możliwość lepszego dopasowania buta do stopy, tym bardziej że Mati ma dość szczupłą nogę, więc regulacja rzepem jest bardzo na tak. No i ten cudowny kolor - idealne. 





Dlaczego uważam, że kapcie Slippers Family są najlepsze?

- są wygodne - idealni dopasowują się do stopy, są lekki i nie krępują ruchów,

- łatwo się je zakłada - co jest bardzo istotne dla małych przedszkolaków, 

- materiał z jakiego wykonane są kapcie - oddychająca tkanina - bawełna i skóra, 

- zabudowany nosek i twardy zapiętek - paluszki są chronione, a zapiętek dobrze stabilizuje stopę, 

- kauczukowa podeszwa - zapobiega ślizganiu się obuwia, 

- obcas Thomasa - stopa dzięki niemu nie opada do środka, 

- profilowana wkładka - dzięki niej możemy uniknąć płaskostopia,

- wycięcia w kapciach - dzięki nim noga się nie poci nawet latem - #sprawdzoneinfo.





Dziewczyny, jeszcze jedno - te kapcie dla nas są idealne, bo dobranego bardzo dobrze do stopy Matyldy i to jest najistotniejsze przy wyborze butów, które dziecko będzie nosiło często przez 10h. Zwróćcie na to uwagę, bo warto dbać o małe stopy. Na stronie Slippers Family jest LiveChat, jeśli tylko macie jakiekolwiek wątpliwości, to piszcie i zadawajcie pytania - konsultanci naprawdę bardzo pomagają i chętnie odpowiadają na Wasze pytania, ja dzięki temu uniknęłam wymianie kapci, bo chciałam zamówić rozmiar mniejszy. 

Jestem bardzo zadowolona z naszego zeszłorocznego wyboru, liczę na to, że nowe kapcie i w tym roku zdadzą egzamin na piątkę. Póki co korzystamy z nich w domu, bo Matylda wraca do zdrowia po zabiegu, ale kapcie przecież nie mogą stać w spokoju. Skoro są, to trzeba je nosić. I dobrze, przynajmniej wiem, że są wygodne. 
RÓŻ, KUCYKI I WARKOCZE - CZYLI SOBOTA NA STADIONIE

RÓŻ, KUCYKI I WARKOCZE - CZYLI SOBOTA NA STADIONIE

Mało jest tych chwil, kiedy możemy być tylko we dwie. Staram się korzystać z każdej okazji, bo ten czas potrzebny jest nam obu. Lubię być mamą tylko dla niej. Lubię skupiać się tylko na jej potrzebach, móc w pełni się angażować. Dlatego tak się ucieszyłam, kiedy dostałyśmy zaproszenie na mecz od Lechii Gdańsk i Fundacji Lechii Gdańsk. W domu rozgrzebany tort, sałatki i bigos, bo dzień później urodziny Matyldy, mimo to obiecałam, więc jedziemy. 


I połowa, to macanki. Delikatne uśmiechy, ręka mamy w pobliżu. Rozeznanie na stadionie - tu murawa, tu kibice, "a to do czego", "a to po co", "no mamo". Race, okrzyki i petardy - to podobało się najbardziej. Najważniejsze, że były słuchawki, bo bez nich można się trochę wystraszyć. Gol, mecz i koniec. Idziemy jeść.

II połowa, to bieganie z góry na dół, to maskotka lwa, to piona przybita z piłkarzami. Już nikt się nie wstydzi, a mama może iść w odstawkę, są koleżanki. Wielki stadion, betonowe schody i niebieskie niebo tak blisko. Było pięknie. 

Róż, kucyki i warkocze - dziewczyny na stadionie. Dziewczyny rządzą. Małe ciałka, a głos jak petarda. Co prawda krzyczały: "POLSKA", ale kibicowały, to najważniejsze. Dziękuję Dziewczyny - Monika, Monika i Agnieszka. Cudowne zdjęcia robiła Jasińska - dziękuję.

Powiem Wam w sekrecie, że czułam się jak nastolatka. Był taki etap w moim życiu, że na stadionie bywałam często, bardzo często. Śpiewałam, krzyczałam, kibicowałam. Bywałam na meczach małych i dużych, sporo widziałam i trochę wiedziałam. Były to jednak czasy, kiedy na stadionie nie było bezpiecznie. No i teraz miałam najlepszą towarzyszkę, nigdy nie było tak fajnie. 












JAK NIE MONTOWAĆ BLATU

JAK NIE MONTOWAĆ BLATU

Wielokrotnie pisałam, że część rzeczy, które robiliśmy urządzając dom, były na chwilę. Inaczej miało być z kuchnią i łazienką - oba te pomieszczenia miały być zrobione od razu na 100% - nie udało się. Łazienka jest nadal bez umywalki, z niedokończonymi płytkami, kuchnia miała źle przycięty blat i okropną podłogę. Zbieraliśmy, ciułaliśmy - udało się. Jest kasa na blat. Chciałam zwykły, czarny blat. Znalazłam. Zamówiłam. Czekałam na dostawę. 

Zamówiłam bezpośrednio u producenta. Wybrałam czarny, matowy, z delikatną strukturą - O TAKI. Blat dojechał szybko, swoje musiał odstać, wiesz- nabierał mocy urzędowej. W między czasie położyliśmy płytki na ścianie, brakowało już tylko wymarzonego blatu. Zaczęliśmy poszukiwania fachowca do zamontowania blatu. Powiem Ci, że byłam pewna, że będzie z tym problem, bo komu się będzie chciało robić sam blat, a tu niespodzianka, bo chętnych było kilku. Postanowiliśmy wziąć kogoś z polecenia, bo przecież tak najłatwiej. Przyjechał fachowiec, obejrzał, wymierzył, sprawiał wrażenie ogarniętego. Za kilka dni przyjechał z blatem. I się zaczęło. 


Chłopak zamocował blat. Schodzę do piekarnika, bo piekło się ciasto - piekarnika nie mogę otworzyć - blat źle docięty. "O jak dobrze, że Pani piekła akurat, to mogę przyciąć jeszcze" i dociął, ale tak, że "będę to musiał woskiem przejechać, bo mi się nie podoba, podjadę któregoś dnia" - rzekł pan fachowiec. Otwierałam oczy coraz szczerzej i nie wierzyłam w to, co do mnie mówił. Czekałam spokojnie, aż skończy. Myślę sobie, dobra, oddychaj, spokojnie. Ale za nic nie umiałam być spokojna, bo to mój wymarzony blat, moja piękna kuchnia właśnie została spieprzona. Gotowałam się. Chłopaczek nitro w słoiczku mi zostawia do czyszczenia silikonu, uwierz mi, silikon był wszędzie, ale takie ilości, że pewnie ze 3 blaty tej wielkości bym obrobiła. To naprawdę jest nic, bo jak odjeżdżał, to blat był tak poobklejany taśmą, że nic bym tam nie zauważyła, ale dało mi do myślenia jego "strasznie kruchy ten blat, słaba jakość materiału" i zaczęłam patrzeć. To, co zobaczyłam, to totalny śmiech na sali. Uszkodzony laminat prawie na każdym łączeniu i przy samych ścianach. Zniszczone nasze szafki, bo jakoś słabo wychodziło panu docinanie. Płytki upieprzone tak, że do dziś nie jestem w stanie ich doprowadzić do porządku. Cuda pokazały się też pod silikonem. Jednym słowem dramat. Jak się pewnie spodziewasz, kuchnia w dalszym ciągu jest nie dokończona. Żyjemy w takim remontowym syfie już 3 miesiące, blat miał być ostatnią rzeczą, którą zrobimy i zacznę się cieszyć moją cudowną kuchnią. Tu półeczki, tu zegar, tu jakaś tacka, tu kilka słoiczków, a tym czasem boję się robić cokolwiek, bo kompletnie nie wiemy, co dalej. Nie mamy innego wyjścia, jak chyba zamówić nowy blat. To wszystko totalnie nie mieści mi się w głowie. Zawsze myślałam, że te wszystkie programy typu "usterka", to ustawieni fachowcy, guzik prawda, to się dzieje na prawdę. Co do jakości blatu, to ciężko mi się wypowiedzieć, ale skoro silikon ścierałam z niego dość ostrym narzędziem, to chyba nie może być aż taki kruchy i wykonany ze słabego materiału.

Każdy, kto mnie zna, wie, że jestem perfekcjonistką i takie ubytki będą mnie wkurzały tak długo, jak ten blat będę widziała. Poza tym wiesz, jeśli ktoś się bierze za robotę, to chyba wie, co robi. Panu się wydawało, że przymkniemy oko. Ktoś rzucił hasłem, że jak usłyszał, że blat jest do wymiany, to pomyślał, że znając mnie, to jakieś maleńkie pierdółki, a kiedy zobaczył blat na własne oczy, to nie ogarnął, jak można tak koncertowo spieprzyć robotę. Zostawiłam Ci ostatnie zdjęcie na koniec, żebyś miała dokładny obraz tego, co się wydarzyło z moim blatem.


Powiem Ci szczerze, że nie wiem, jak uchronić się przed takimi pseudo fachowcami, bo koleś wyglądał naprawdę na ogarniętego, miał sporo sprzętu, wydawało się, że wiedział, co robi. Poza tym, był z polecenia, więc rozumiesz, dlaczego mu zaufałam. Dobrze, że jest internet i choć trochę można sprawdzić, kogo wpuszczamy do domu.
4 LATA

4 LATA

Był czwartek, na dworze 36 stopni, ukrop. Sala porodów rodzinnych, kilka położnych, lekarze i my - czekający na mały cud. Widzę Cię, leżysz na mnie, wiem, że jesteś, ale kompletnie to do mnie nie dociera. Wlepiam wzrok w jeden punkt, jeszcze do mnie nie dotarło, że jest już po wszystkim. Z tego mojego letargu wyrywają mnie słowa położnej:"11:55 - córka Karoliny, halo, pani Karolino, urodziła pani córkę". Zerknęłam na swój brzuch, a na nim małe, ciepłe ciałko. Tulę i nie wierzę. Przystawiam do piersi - łapiesz i puszczasz. Zaczynasz kwilić. Mówię - ciii... - otwierasz oczy, patrzysz na mnie, uspokajasz się - magia. Zjadasz trochę siary, zasypiasz. Śpisz dobre 10 h. Pielęgniarki nazywają Cię Księżniczką. Ja zaczynam się niepokoić, bo śpisz i śpisz. Lekarz uspokaja, że jest w porządku, że zdążyłaś się najeść przez tą chwilę na trakcie. Każą odpoczywać, bo na pewno się obudzisz. Adrenalina opada, emocje się wyciszają. Zaczyna się nowa przygoda. Nowe życie. Cześć, fajnie, że jesteś!


To wszystko dla Ciebie. Ten tort robiony nocą. Te słoiki przechowywane w szafkach. Te prezenty kupowane po kryjomu. Ta kartka zapisana, żeby było tak, jak opowiadasz. Te truskawki na torcie zdobyte po długich wyprawach. Ten napis zrobiony ostatkiem sił moich. I Ci goście zaproszeni. To wszystko dla Ciebie. 

Daję tyle, ile mogę. Daję też więcej, bo Ty jak nikt inny potrafisz mnie zmobilizować do zmian. Twoja radość, Twój uśmiech, Twoje każde kocham wynagradzają cały trud. Spełniam Twoje marzenia i będę to robić już zawsze, bo chcę, bo wiem, jakie to ważne.

Od czterech lat ciesze się Tobą. Od czterech lat patrzę jak rośniesz, jak się zmieniasz. Od czterech lat jestem szczęściarą, bo jesteś ze mną. Od czterech lat poznaje Cię każdego dnia i ciągle chcę więcej. Nie nudzisz mi się, bo taki wulkan energii nie może się nudzić. Twoja spontaniczność i rozsądek wciąż ze sobą walczą. Pamiętaj, że jesteś najlepsza i wszystko, absolutnie wszystko jest w zasięgu Twoich rąk. Czasie, zwolnij, proszę... Od czterech lat patrzę na Ciebie i pojąć nie mogę, że to Ty, że to Ciebie nosiłam pod sercem. Abstrakcja. Najlepsza abstrakcja w moim życiu.

Bądź szczęśliwa Matyldziu!

JOIE CROSSTER - CZY TO WÓZEK DLA MNIE?

JOIE CROSSTER - CZY TO WÓZEK DLA MNIE?

Duży, porządny i dający radę. Taki właśnie jest Joie Crosster. Jeśli kiedykolwiek mówiłam, że korzystałam z dużego wózka, to się myliłam, bo duży to jest właśnie ten. Mimo to jest idealny. Na nasze drogi, to wózek, który daje radę, jak żaden inny. Może nie jest najpiękniejszy, ale funkcjonalny, a to powinno być najważniejsze. Ma też małe minusy, ale o tym później.


Crosster jest spory, co prawda mieści się w całości do bagażnika, ale ja jako kurdupel miewałam problem z wystawieniem go z auta. Mimo wielkości jest bardzo łatwy w obsłudze, rozkłada się jedną ręką, a to mega ułatwienie, ale żeby nie było zbyt prosto, to guzik do rozkładania jest dobrze ukryty. Nie przeglądając instrukcji można mieć problem z pierwszym rozłożeniem wózka. 




Wielkie, wiecznie pompowane koła i amortyzacja z tyłu, którą możemy sami regulować, to mój hit. Dzięki wielkości kół wózek jedzie sam, nie są mu straszne żadne tereny - wszędzie da radę. Do tego możliwość blokady przedniego koła i możemy wjeżdżać w największe dziury. Hamulec nożny moim zdaniem jest w najlepszym z możliwych miejsc. Dodatkowy hamulec ręczny, który bardzo przydaje się np.podczas jazdy na rolkach i pchaniu wózka - sprawdzone info. Kajtek swoje waży, wózek też i ja na rolkach pierwszy raz od kilku lat - nie pytaj o zakwasy. A, zapomniałabym - kosz na zakupy, który jest duży i łatwo dostępny. 








Budka. Największa, najbardziej przewiewna, do tego z kieszonką. Mistrz. Każda matka ją doceni, każda będzie z niej zadowolona. Siedzisko rozkłada się na płasko, jest możliwość wstawienia do spacerówki fotelika samochodowego oraz gondoli. Regulowany podnóżek i możliwość ustawienia nóg na podstawce. Wszystko to, co każdy wózek mieć powinien.






Wspomniałam o minusach. Po pierwsze waga, jest ciężki, co dla takich krasnali jak ja ma znaczenie. Poza tym kompletnie nie podoba mi się połączenie spacerówki i gondoli - wiesz, wstawiasz gondolę w na płasko rozłożoną spacerówkę, jak dla mnie słabo. Rozumiem z czego to wynika, ale nie przemawia to do mnie. Reszta jest naprawdę w porządku.


Cena spacerówki waha się w zależności od koloru od 1399 zł do 1599 zł. Wózek do kupienia w 4KIDS. Podsumowując, tak, wózek Joie Crosster jest wózkiem, który byłby na mojej liście, gdybym właśnie miała wybierać coś dla swojego dziecka.
CZY W MARKECIE MOŻNA KUPIĆ JEDZENIE Z DOBRYM SKŁADEM?

CZY W MARKECIE MOŻNA KUPIĆ JEDZENIE Z DOBRYM SKŁADEM?

Jestem ogromną fanką osiedlowych sklepików, uwielbiam ten klimat i właścicieli, którzy przekazują sobie sklep z pokolenia na pokolenie. Niestety jest też jeden minus zakupów w takich sklepach, po pierwsze ceny, które są często zbyt wysokie, po drugie asortyment - mały wybór i brak produktów, których szukamy. Żyjemy w czasach, kiedy każdy grosz się liczy, jesteśmy bardziej świadomi, chcemy zaoszczędzić czas. Dlatego najczęściej zakupy robimy w dużych marketach, gdzie półki uginają się pod naciskiem produktów. Mamy tam możliwość wybierania i szukania perełek. Wiesz, że nie jestem jakąś zagorzałą miłośniczką eko jedzenia, jednak mimo to staram się dobierać tak składy, żeby było smacznie i zdrowo, bo słaba dieta niestety ma ogromny wpływ na nasze samopoczucie.


Bardzo się cieszę, że miałam możliwość zapoznania się z nową marką Bio Village z E.Leclerc. Produkty wysokiej jakości, ze świetnym składem, a do tego składniki pochodzące z upraw ekologicznych. Duży wybór produktów - od słodkości, po artykuły chemiczne. W markecie znajdziecie dział ze zdrową żywnością, warto poświecić kilka chwil i wybrać produkty, które będą naprawdę porządne. Owszem, pewnie wszystkim się nie dogodzi, ale kiedy będziecie w E.Leclerc, to zerknijcie na te produkty, które sama polecałam (TU i TU) i przekonajcie się, że warto ich spróbować. 



Przekonałam się do ciemnego makaronu, obłędnie smakuje z zupą pomidorową, którą zrobiłam z pomidorów w puszcze również marki Bio Village. Kiedyś mi się wydawało, że taki makaron nie ma smaku, a żadne danie z niego przyrządzone nie będzie miało tego niepowtarzalnego smaku. Ryż zjadamy namiętnie, lubimy i do zupy i do deserów, a nawet do zwykłego mleka. Największy jednak problem mam z komosą ryżową - wstyd się przyznać, ale ja chyba nigdy jej nie jadłam. I tu liczę na Ciebie, może podsuniesz mi jakiś sprawdzony przepis do czego ją wykorzystać? Słyszałam, że jest pyszna i że jak zaczniemy ją jeść, to końca nie będzie, póki co jeszcze się nie przekonałam. Generalnie warto przyjrzeć się bliżej tym produktom, a ja Cię szczerze zachęcam, bo jestem pewna, że znajdziesz coś dla siebie.

Gdzie robisz zakupy najczęściej? Wybierasz tak jak ja markety, czy jednak jesteś wierna małym, osiedlowym sklepikom?
Copyright © 2014 ja-matka.pl , Blogger