KUCHNIA MOICH MARZEŃ. PŁYTKI NA ŚCIANIE UŁOŻONE W JODEŁKĘ.

KUCHNIA MOICH MARZEŃ. PŁYTKI NA ŚCIANIE UŁOŻONE W JODEŁKĘ.

Czasem coś jest Twoim marzeniem. Czasem się to spełnia, ale Ty do końca nie czujesz radości z tego, co się właśnie dzieje. Wiesz dlaczego? Dlatego, że problem siedzi gdzieś głębiej, gdzieś głęboko w Tobie. I nie ma znaczenia, czy kupisz dziesiątą torebkę, czy spełnisz się Twoje najskrytsze marzenie - szczęśliwa będziesz tylko przez chwilę. Za moment znów poczujesz pustkę, znów będziesz czegoś szukać, czegoś potrzebować. Tak właśnie było z moją wymarzoną kuchnią - nie uleczyła mnie, nadal potrzebowałam czegoś innego. Dlatego dzisiaj kuchnia nadal jest tą wymarzoną, ale już nie moją. 


Dla niektórych nudna, dla innych najpiękniejsza. Nic nie poradzę na to, że biały czarny i szary, to kolory przewodnie każdego mojego pomieszczenia. Uznasz, że jestem zachowawcza, ja powiem, że praktyczna, bo do białego i czarnego mogę dołożyć każdy kolor i nadal będzie pięknie. Wymarzyłam sobie czarny blat i białe płytki ułożone w jodełkę. Znalezienie odpowiedniego blatu nie stanowiło problemu, bo na rynku jest ich bardzo dużo. Zależało mi jedynie na tym, żeby miał jakąś delikatną strukturę, żeby łatwo się go czyściło. Zamówiłam kilka próbników, przetestowałam i wybrałam ten jedyny - pamiętasz pewnie historię z fachowcem, który zniszczył blat - w miarę możliwości został naprawiony i wygląda naprawdę bardzo efektownie. No i się sprawdza, jest wytrzymały, dobrze się go czyści i co najważniejsze, nie ma problemu z rysami, o których wspominał "fachowiec".

Znalezienie odpowiednich płytek do ułożenie w jodełkę okazało się sporym wyczynem. Byłam w kilku większych hurtowniach ceramicznych w Trójmieście i tak naprawdę nikt nie był w stanie zaproponować mi czegoś sensownego. Zaczęłam szukać na własną rękę i albo przesyłka okazywała się dwa razy droższa od samych płytek, albo na płytki musiałabym czekać do sześciu miesięcy, albo znalezienie białych, matowych i w odpowiednim rozmiarze płytek okazywało się zwyczajnie nierealne. Byłam pewna, że moja jodełka w kuchni pozostanie tylko marzeniem. Postanowiłam usiąść i poszukać raz jeszcze - spędziłam pół nocy przy komputerze, ale znalazłam. Płytki idealne, nie mogłam spać z podekscytowania. Będę miała jodełkę. Moje płytki, to EQUIPE EVOLUTION BLANCO MATE 5X20. Dotarły, zostały położone, zaczęłam urządzać kuchnie. Nie skończyłam, bo życie lubi płatać figle. W między czasie zmieniliśmy adres, kuchnia została na swoim miejscu i w moich marzeniach. Jeśli kiedykolwiek będzie mi dane urządzać swoją kuchnię, to pierwszą rzeczą jaką zamówię będą właśnie te płytki, bo jodełka na ścianie wygląda naprawdę ładnie. No i jest biało-czarna. 





Blat, płytki - cała kuchnia - była spełnieniem moich marzeń, ale to tylko rzeczy. Zaspokajały potrzeby tylko na chwilę, nie dopełniały całości. Dzisiaj nie mam swojej wymarzonej kuchni, ale mam coś, czego nie miałam już dawno - pewność, że idę w dobrym kierunku. Pewność, że kuchnię kiedyś będę miała. Dziś liczy się to, co jest w tej chwili - nie ma wczoraj, nie ma jutro - jest TERAZ. Czasem trzeba przejść długą i krętą drogę, żeby zrozumieć, żeby wiedzieć. Ja wiem, a Ty?


Płytki - Ceramika Marzeń
Blat - Biuro Styl 
Ekspres - DeLonghi Nespresso
Dodatki - Pepco/Ikea/Flying Tiger

DLACZEGO JESTEŚ SMUTNA MAMO?

DLACZEGO JESTEŚ SMUTNA MAMO?

Są takie pytania, których nie lubimy. Są pytania, których słyszeć nie chcemy. Zwłaszcza od najbliższych. Zwłaszcza od swoich dzieci. Jest wieczór. Przygotowujemy się do spania - mycie, kolacja, książeczka - nagle ten cały kołowrotek przerywa głos Matyldy: "tak w ogóle mamo, to dlaczego jesteś smutna?". Do oczu napływają łzy, tysiące myśli przelatuje przez głowę i ta jedna, która nie pozwala na kłamstwo, nie pozwala na to, żeby zranić to małe serduszko, które bardzo się stara zrozumieć całą sytuację...


Dla wielu z Was jestem bohaterką. Bo się odważyłam, bo zdecydowałam, bo nie ma mnie tam, a jestem właśnie tu. Ja się nią nie czuję. Czuję się świadomym człowiekiem. Bo żadnym bohaterstwem jest walczenie o siebie. Bo żadnym bohaterstwem jest wychowywanie dzieci w pojedynkę. Żadnym bohaterstwem jest kombinowanie, żeby kasy starczyło, żeby mały człowiek się uśmiechnął, żeby było coś więcej niż tylko spokój. Owszem, jaram się za każdym razem, kiedy słyszę: "jesteś moją bohaterką" albo "zazdroszczę Ci, że się odważyłaś", ale ja jestem na początku tej drogi. Nic jeszcze nie wiem, nie chcę się wypowiadać, doradzać, kibicować - mogę jedynie powiedzieć, że można. Nie dajcie sobie wmówić, że się nie da, że  dalej będzie już tylko gorzej. Nie będzie. Będzie ciężko, cholernie ciężko, będą łzy, będą chwile zwątpienia, ale później zawsze wyjdzie słońce. Zawsze. 

Boje się, bo nowe życie przed nami. Strach miesza się z podekscytowaniem, bo pokładam wielkie nadzieje w tej zmianie. Mimo że wiem, że wszystko w moich rękach, to jednak pojawiają się momenty, kiedy bardzo bym chciała być już o krok dalej. Jestem niecierpliwa, chciałabym już, teraz, szybko. Niestety nie mam wpływu na większość spraw, więc cierpliwie czekam. Przynajmniej się staram. 

Wiecie, kiedy jest najtrudniej? Kiedy zostaję sama. Kiedy muszę się zmierzyć ze swoimi myślami w pojedynkę. Kiedy nie mogę odwrócić się i przytulić do kogoś, kto przed sekundą był i mnie wspierał, ale obowiązki wzywają. Każdy ma swoje życie. Wychodzę do ludzi, spędzam czas z rodziną, jestem bardziej niż kiedykolwiek. I każdej z Was będę to powtarzać. Czas i ludzie, to lekarstwo na wszystko. Nie ma lepszego wsparcia niż rzucone gdzieś tam między zdaniami: "dziękuję, że jesteś". Nie ma lepszego wsparcia niż napisane w przerwie w pracy: "ogarnij się, bo tęsknię za tamtą Karoliną". Cudownie jest mieć świadomość, że są ludzie, którzy w Ciebie wierzą, którzy są mimo wszystko, którzy pomagają bez względu na przeszkody, które były, są i będą. Dobrze jest mieć rodzinę, przyjaciół i tych wszystkich, którym się chce. 

Piszę ten tekst i zalewam się łzami. Nie dlatego, że żałuję, że tęsknie, czy że coś straciłam. Płaczę, bo jestem smutna. Nie chciałam takiego życia dla dzieci. Nie chciałam wychowywać ich sama. Nie chciałam żyć sama. Czasem coś idzie nie tak, czasem mimo prób nie wychodzi - czasem lepiej jest podjąć jakąkolwiek decyzje, niż nie robić nic. I choć zmieniłam wszystko, to jestem pewna, że idę w dobrym kierunku. Jestem pewna, że dzieci będą szczęśliwe, że jeszcze będzie pięknie. Przed nami całe życie. 

* Dlaczego jesteś smutna mamo?
* Bo trochę mi ciężko...
TAKI TROCHĘ NOWY POCZĄTEK

TAKI TROCHĘ NOWY POCZĄTEK

Powroty są trudne, ale jeszcze trudniejsze jest zaczynanie od nowa, podejmowanie decyzji, wychodzenie ze swojej strefy komfortu. Do tego wpisu siadałam już kilka razy, kilka razy pisałam wstęp, kilka razy zastanawiałam się, co mam powiedzieć, jak wrócić, jak się wytłumaczyć. Doszłam jednak do wniosku, że wrócę, jak będę gotowa i to chyba jest właśnie ten moment. To jest ta chwila, kiedy chcę pożegnać stare i przywitać nowe, bo głęboko wierzę, że to nowe będzie lepsze, piękniejsze, spokojniejsze, choć na pewno trudniejsze.


Kiedy szukałam zdjęcia, które pasowałoby do tego, co mam do powiedzenia, to chciałam czegoś w stylu "nowy rok, nowa ja" i nagle trafiam na fotografię idealną, nagle widzę brudną kartkę, dwie kostki czekolady, od której ponoć są pryszcze i kawę, która jak nic innego jest symbolem nowego dnia.  Przemawia do mnie to wszystko tak bardzo, że powinnam na tym zakończyć swoją wypowiedź, ale wiem, że znowu zostawiłabym Cię z niczym, a sama nie mogłabym się kolejny raz zmobilizować, żeby wrócić z opowieścią o naszym nowym początku.

Nowy początek. Tak. Może jesteś w gronie tych osób, które już wiedzą, co się wydarzyło, bo na Insta Stories coś tam wspominałam. Jeśli nie, to już wszystko tłumaczę. W życzeniach Noworocznych pisałam, że był huk i petarda i że nadal ją słyszę. Tak jest, ale nie żałuję, bo choć wystrzeliła pod koniec listopada, to jej odłamki dalej prowadzą mnie w dobrym kierunku. Tak czuję. Konkrety. Czasem tak w życiu bywa, że trzeba podjąć decyzje, a dojrzewanie do podjęcia tej decyzji jest najtrudniejsze, później już się dzieje samo. U mnie tak właśnie było. Nadszedł dzień, kiedy wszystko, co mnie otaczało zrobiło się obce, nijakie i zupełnie nie dla mnie. Stąd decyzja o wyprowadzce. Zamieszkałam z dziećmi sama. Zmieniliśmy zupełnie adres i próbujemy się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Jest dobrze. Kiedyś pewnie opowiem o tym więcej, ale to jeszcze nie ten moment. Musisz być cierpliwa. Powiem tylko tyle, jeśli w głowie kiełkuje Ci myśl, że nie jesteś w odpowiednim miejscu z odpowiednim człowiekiem, to pewnie tak jest, ale zanim podejmiesz decyzje, to podlewaj, dbaj i staraj się, bo to nasionko potrzebuje opieki, a Ty musisz być pewna, że wyrośnie z niego piękna i dorodna roślina, a nie mały, stłamszony i nikomu niepotrzebny kwiat.  Bądź tym nasionkiem, z którego wyrośnie wszystko, co najlepsze.

Gdybym miała napisać podsumowanie ostatniego roku, to napisałabym zmiany, zmiany i jeszcze raz zmiany. Zadziało się tak dużo, tak wiele odmieniło, że ciężko jest mi to samej ogarnąć. Najważniejsze jednak jest to, że każda ze zmian, czy to tych wewnętrznych, czy zewnętrznych na razie przynosi same pozytywne rzeczy. Kiedy zaczniesz zmiany od siebie, to reszta zacznie się zmieniać jakby z automatu - kreska po kresce, kropka po kropce... Wierzę w to! Trzeba lubić siebie, żeby chcieć być ze sobą samym do końca życia, wtedy na horyzoncie zostaną sami fajni ludzie, potrzebni i Ci, dla których jesteśmy ważni. Nie unikniemy rozczarowań, ale nauczymy się je szybciej rozpoznawać, dostrzegać i eliminować. Ten rok to pasmo rozczarowań, zaczarowań, wlotów i upadków, to pasmo niepowodzeń i wielki odkryć. To nie był dobry rok, ale jestem przekonana, że to jaki będzie kolejny w dużej mierze zależy ode mnie. Nie robię postanowień, nie planuję - chociaż gdzieś podświadomie czuję, że powinnam, bo ten nowy rok ma w sobie coś magicznego. To taka nowa kartka, tylko trochę poplamiona kawą i czekoladą.

Niech Nowy Rok przyniesie nam same zmiany, niech nas kopie w dobrym kierunku, niech będzie nam przychylny - nich będzie nasz!
NIE WIEM, CO BĘDZIE JUTRO

NIE WIEM, CO BĘDZIE JUTRO

Nie ma nas tutaj. Nie piszę, nie odzywam się. Niektórzy z Was gdzieś tam między wierszami wyłapują o co chodzi, ktoś piszę, ktoś pyta. Milczałam, bo jednak internet, to nie miejsce na prywatne sprawy, ale pomyślałam, że jestem Wam też coś winna, stąd ten post. Jesteście, kiedy jest w porządku, więc należą się Wam również wyjaśnienia w tej sytuacji. Blog powstał, bo potrzebowałam odskoczni od życia codziennego, wielokrotnie wywalałam tu swoje żale, wielokrotnie moje problemy okazywały się też Waszymi problemami - było nam łatwiej. Dlatego liczę na Waszą wyrozumiałość i cierpliwość, bo nie wiem, jak długi i mozolny będzie mój nowy początek.



Większość z Was tutaj jest rodzicami. Kto jest dla Was najważniejszy w życiu? Dla mnie moje dzieci, obstawiam, że dla Was tak samo. Moje dzieci, ich dobro, ich szczęście - tak jest, było i będzie. Kiedy czujemy, że coś zaczyna kuleć, to szukamy przyczyn. Tak samo jest w życiu. Kiedy popsuje się pralka, to zastanawiamy się, czy była stara, czy może słabo o nią dbaliśmy. Kiedy w relacjach zaczyna coś kuleć, też szukamy - najpierw dookoła, później przyglądamy się coraz bardziej i zaczynamy mówić i albo będzie dobrze, albo nie dostaniemy tego, czego potrzebujemy. Jeśli dostaniemy, to ok, jeśli nie, to albo możemy walczyć przez długi czas, a wewnętrznie godzić się na to, że albo siedzimy w ciepłych kapciach na kanapie, albo wychodzimy ze swojej strefy komfortu i oddychamy. Ja poczułam tlen, poczułam, że znów mogę lekko oddychać, że może być dobrze - ciężko, ale dobrze.

Ktoś mi powiedział ostatnio, że zaraz koniec roku, że może warto zrobić coś dla siebie. Może warto zrozumieć, że czasami tak w życiu jest, że nawet, jeśli czegoś bardzo chcemy, nawet jeśli się staramy, to nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli. Czasem ktoś pojawia się na chwilę, czasem na dłużej, ale każdy, absolutnie każdy jest po coś. Wszystko w naszych rękach, żeby odpowiednio zinterpretować to, co się dzieje - czasem zawalczyć, a czasem odpuścić. Czasem życie samo się układa i nagle, dosłownie w kilka chwil okazuje się, że to co wczoraj wydawało się nam niemożliwe, dzisiaj nie stanowi żadnego problemu. Czasem potrzebny jest impuls, czasem rozmowa, a czasem pogodzenie się z tym, co jest i myśl o tym, że może jeszcze nie wszystko jest stracone. 

Wiem, może trochę na okrętkę, może nic z tego nie zrozumiecie, ale ja sama jeszcze do końca nie wiem, co się dzieje, co się wydarzy i jak będzie. Nie wiem, co będzie jutro. Wiem, czego chcę dla dzieci i dla siebie i do tego będę dążyć, choćbym miała upadać i podnosić się za każdym razem, kiedy będę robiła coś nowego. Pewnie jeszcze nie raz zwątpię. Będę się bała, płakała, ale dzięki temu, jakich ludzi mam dookoła, na pewno dam radę.

Nie wiem, co będzie jutro. Nie wiem, gdzie będę jutro. Wiem jedynie, że jeszcze będzie pięknie. 
ULTRALEKKA SPACERÓWKA - VALCOBABY SNAP 4

ULTRALEKKA SPACERÓWKA - VALCOBABY SNAP 4

Znasz australijską markę Valco Baby? Muszę przyznać, że ja nie znałam i kiedy okazało się, że możemy przetestować wózek właśnie tej firmy, to bardzo się ucieszyłam. Lubię nowości, lubię je tym bardziej, jeśli wózek wydaj się wygodny i bardzo solidny. Jesteś ciekawa, jak sprawdził się u nas model Snap 4, który waży nieco ponad 6 kg? Tak 6 kg!


Spacerówka jest naprawdę fajna. Lekka i bardzo dobrze się prowadzi. Pchając sam wózek mamy wrażenie, że jedzie sam, bo te ponad 6 kg, to tyle co nic. Ma cztery bezdętkowe koła, dzięki temu są bardziej wytrzymałe. Przednie są oczywiście obrotowe z możliwością blokady. Stelaż jest aluminiowy i to właśnie dzięki temu wózek jest taki lekki 6,6 kg. Obszerny i bardzo pojemny kosz na zakupy, to kolejny plus - przecież musisz mieć dużo miejsca na zakupy, które targasz codziennie do domu. Hamulec, to dla mnie największe zaskoczenie, bo to pierwszy wózek, który testowałam z takim rodzajem hamulca. Znajduje się między kołami, ale na środku, przełącza się go na boki - łatwe rozwiązanie i bardzo funkcjonalne. Jedynym minusem dla mnie jest brak odczuwalnej amortyzacji.



Siedzisko zniesie obciążenie nawet 20 kg dziecka, co wbrew pozorom ma spore znaczenie, bo większość spacerówek niestety ma ten próg obciążenia mniejszy. Siedzisko rozkłada się na płasko, jest obszerne. Regulowany podnóżek powoduje, że po jego odpowiednim ułożeniu mamy naprawdę dużo miejsca dla dziecka. Jest wygodnie. 5-punktowe pasy bezpieczeństwa, pałąk pokryty pianką i możliwość odpięcia panelu wentylacyjnego z tyłu budki powoduje, że to wózek nad którym naprawdę warto się zastanowić. Budkę dodatkowo możemy przedłużyć - nikt nie lubi kiedy wiatr w oczy wieje, a słonko nie daje spać.



Kompaktowy i łatwy w przechowywaniu. Wózek sam stoi po złożeniu, ma blokadę, która zapobiega samoistnemu rozłożeniu. Składanie i rozkładanie jest naprawdę intuicyjne. Wózek posiada też pasek do przenoszenia go na ramieniu. 





Snap występuje też w wersji trzykołowej i mimo że ja naprawdę lubię trójkołowce, to w tym przypadku akurat bardziej odpowiada mi wersja z czterema kołami. Wózek do kupienia w 4KIDS
DIETA PUDEŁKOWA VITA DIET. KONKURS

DIETA PUDEŁKOWA VITA DIET. KONKURS

Z czym Ci się kojarzy dieta pudełkowa? Mi do tej pory kojarzyła się z niezdrowym jedzeniem, ze słabą jakością i wysoką ceną. Jeśli chodzi o jedzenie, to nie lubię nowości, nie lubię eksperymentować. Na obiad najlepiej rosół, a na śniadanie jajecznicę. Bez kombinowania, bez wymyślania. Mimo to zdecydowałam się na wypróbowanie diety sokowej i diety pudełkowej od Vita Diet




Dieta sokowa - oczyszczająca. Ogromna dawka zdrowia, soki tłoczone na zimno z owoców i warzyw od lokalnych dostawców. Dietę stosujemy od 3-10 dni - wszystko zależy od stopnia zanieczyszczenia naszego organizmu. Swoje soki piłam przez trzy dni i powiem Ci, że różnica jest ogromna. Po pierwsze moja buzia nastolatki - oczyściła się i wygląda na dużo bardziej nawodnioną. Nawet przed samą miesiączką nie pojawiło się na niej tyle wyprysków, co zawsze. Uważam, że każdy z nas powinien raz na jakiś czas zrobić sobie taki detoks. Jedne soki są lepsze, inne smakowały mi mniej, ale nie o smak tu chodzi, a o działanie. Niby każdy z nas może sobie takie soki przygotować w domu, ale gwarantuje Ci, że nie uzyskasz takiego efektu, jaki jest zamknięty w butelkach soku Vita Diet, Dla mnie bomba. 

Dieta pudełkowa - wybrałam pakiet Office, bo uznałam, że ten rodzaj będzie dla mnie najbardziej optymalny. Dostarczy mi wszystkich niezbędnych składników, a ja dzięki temu będę mogła funkcjonować na najwyższych obrotach. Przez pięć dni zjadałam dostarczone mi pudełka. Jedne potrawy były pyszne, inne mniej smaczne, ale generalnie jestem zadowolona. Nie musiałam gotować, co ma duże znaczenie, bo miałam więcej czasu na inne zajęcia. Spróbowałam czegoś nowego. Poznałam nowe smaki. Przekonałam się, że dieta pudełkowa może być naprawdę bardzo zdrowa i dobrze przyrządzona. Co prawda niektóre potrawy musiałam doprawiać, ale to już kwestia moich indywidualnych upodobań. Jedzenie było dobrze zapakowane - nie było zepsute, nie było zaparzone, a wiem, że czasem ma to miejsce przy tego rodzaju usługach. Na każdą dostawę czekałam z niecierpliwością, bo byłam ciekawa, co będę miała okazję próbować następnego dnia. No i woda z miętą i cytryną, w końcu piłam dużo i regularnie. Było dobrze. 

Mam też coś dla Ciebie, żeby nie było, że tylko sobie i sobie, to zapraszam Ciebie na konkurs, w którym do wygrania jest trzydniowa dieta sokowa, będziesz mogła oczyścić swój organizm. Wskakuj na facebook i działamy. Konkurs potrwa 7 dni, wyniki ogłoszę w przyszłym tygodniu. Jedynym warunkiem jest to, że musisz mieszkać w obszarze dostaw cateringu, ale spokojnie - może masz kogoś dla kogo chciałabyś wygrać taki zestaw soków, to śmiało, możesz przekazać swoją nagrodę komuś bliskiemu. Chodź, bo warto!

PROJEKTY ALTAN - O CZYM MARZĘ?

PROJEKTY ALTAN - O CZYM MARZĘ?

Lato. Słońce. Całe dnie na dworze. To lato nie było dla nas łaskawe, na palcach obu rąk mogę policzyć dni, kiedy naprawdę było ciepło, kiedy bez kurtek przeciwdeszczowych wychodziliśmy na spacer. W ogródku spędziliśmy bardzo mało czasu, czego nie mogę odżałować, bo przecież po to kupiliśmy dom, żeby korzystać. Niestety nie mamy żadnego zadaszenia, żadnej altany. Stąd też decyzja o zbudowaniu czegoś w przyszłym roku, a dlaczego już teraz o tym piszę? Po pierwsze dlatego, żeby wiedzieć na jaki koszt się nastawić, po drugie dlatego, że łatwiej się funkcjonuje, kiedy mamy jakiś cel. 

Zdecydowaliśmy tym razem, że sami nie będziemy kombinować, bo często z tego naszego planowania nic nie wychodzi, a jak już coś wyjdzie, to w efekcie końcowym nie jesteśmy zadowoleni. Dlatego zaczęliśmy przeglądać projekty altan. I przepadliśmy. Powiem Ci, że patrzeć na projekt i wyobrażać sobie, że za jakiś czas takie cudo może się pojawić w naszym ogródku, to jakiś kosmos. 

No dobra, do rzeczy. Opowiem Ci najpierw, czego szukamy, co chcemy mieć w tej naszej altanie, a na koniec pokażę Ci projekty, które najbardziej przypadły nam do gustu.

Altana musi mieć zadaszenie - nie wiem jeszcze, czy wystarczy takie zrobione z materiału, czy koniecznie będzie musiał być dach, ale musimy mieć możliwość schowania się przed deszczem. Oczami wyobraźni widzę nas, kiedy pijemy ciepłą herbatę, ja jestem owinięta kocem, dzieciaki tworzą swoje małe arcydzieła. Jest ciepło, deszcz delikatnie stuka o dach - jest dobrze. Jest tak, jak być powinno. Altana koniecznie musi być połączona z miejscem do przechowywania drewna, żeby móc napalić w kominku, kiedy nadejdą chłodne dni. Musimy też trzymać gdzieś rowery, kosiarkę i całą resztę około domowych narzędzi. Michał chce mieć miejsce do pracy - wiesz, stół z tymi wszystkimi śrubkami, śrubokrętami i różnymi dziwnymi urządzeniami. Generalnie sporo tego, ale jak się okazuje, wszystko jest do zrobienia. 

Zacznę od projektu, który przypadł mi najbardziej do gustu, który najbardziej się nadaje i jest taki piękny, taki idealny i tak naprawdę, to już zdecydowałam, ale pozostawiam nam jeszcze furtkę, bo do kolejnego lata daleko. 

Projekt budynku gospodarczego Murator GC101 Budynek gospodarczy WAJ3707
To jest spełnienie moich marzeń. Uwielbiam drewno i tą otwartą przestrzeń. Połączenie altany i tych naszych zakamarków. No petarda. Cały czas zastanawialiśmy się nad tym, czy budować z samego drewna, czy z połączenia z jakimś innym materiałem, ale biorąc pod uwagę nasze wiatry, to jednak wylane fundamenty mogą okazać się bezpieczniejsze. Jedną z odkrytych ścian osłoniłabym półprzezroczystą moskitierą, byłoby urokliwie. Do tego lampiony i trochę świecących lampek. Nie mogę się doczekać. 

Projekt altany G332 SLN2378
Zupełnie inna konstrukcja, inny styl. Bardziej zabudowane ściany, co fajnie mogłoby się sprawdzić własnie podczas deszczu. Do końca jednak nie jestem przekonana, czy potrzebujemy aż takiej konstrukcji, skoro do domu mamy zaledwie kilka kroków. Wszystko jest kwestią przemyślenia, ale póki co pozostawiamy sobie wybór.

Projekt altany A4 - altana ogrodowa z grillem BBH1003
Ta jest tak piękna, że gdybym tylko mogła, to już dziś zrezygnowałabym z tych wszystkich dodatkowych pomieszczeń na narzędzia i kosiarki. Niestety muszę myśleć racjonalnie. Dlatego pomyślałam, że część tej altany moglibyśmy dostosować do swoich potrzeb i zabudować ją tak, żeby mieć dwa w jednym. Nie wiem, jak się to będzie miało, jak projekt zostanie przekształcony, ale warto zobaczyć i przemyśleć, tym bardziej, że grilla, który jest w środku altany tak naprawdę nie potrzebujemy. 

Dziewczyny, pomóżcie. Który z projektów podoba się Wam najbardziej? Który od razu podbił Wasze serce? Może jednak możecie mi zasugerować coś innego? Może macie już swoje altany i wiecie, co się sprawdza, a co kompletnie nie. Będę wdzięczna za każdą podpowiedź. 
USUNIĘCIE TRZECIEGO MIGDAŁKA

USUNIĘCIE TRZECIEGO MIGDAŁKA

Adenotomia - to zabieg usunięcie trzeciego migdałka. Trzeci migdałek z założenia ma chronić organizm przed drobnoustrojami. Niestety czasem tak się nie dzieje i migdałek zamiast pomagać, to szkodzi. Tak właśnie było w naszym przypadku. Różne są opinie, różne są historie - my jednak zdecydowaliśmy, żeby ten migdałek usunąć. Dlaczego? Jak to wyglądało? I jak Matylda czuje się po zabiegu? Przeczytaj koniecznie dalej.


Zaczęło się od tego, że Mati przestała słyszeć. Kontrola u pediatry, skierowanie do laryngologa, wizyta i już wszystko jasne. Matylda słyszała bardzo słabo przez około dwa tygodnie, oczywiście w tym czasie z nosa leciało jej jak z kranu. Ostatni rok, to pasmo chorób, więcej w domu, niż w przedszkolu. Męczarnia i Matyldy i moja. Było słabo. Powiem szczerze, że na zabieg czekaliśmy  jak na zbawienie, pokładamy w nim wielkie nadzieje i liczymy na to, że całe to chorowanie w końcu wyhamuje. Zobaczymy. Przyczyną niedosłuchu okazał się przerośnięty migdałek.

Pierwszy termin mieliśmy w kwietniu, oczywiście tydzień przed Mati się rozchorowała - temperatura 40 stopni, brak innych objawów. Na szczęście nasza lekarka jest bardzo dociekliwa i wykluczyliśmy różne choroby. Taka sytuacja powtórzyła się dwa razy. Ustaliliśmy kolejny termin zabiegu - najpierw październik,  później sierpień. Całe wakacje Mati spędziła w domu, żeby nie kusić losu, żeby jej nie narażać, żeby do zabiegu była zdrowa. Udało się, jedziemy do szpitala.

Tydzień przed zabiegiem byliśmy na pobraniu krwi. Zbieraliśmy też zaświadczenia - od pediatry i stomatologa. Zabieg mieliśmy wyznaczony na wtorek, okazało się, że to tylko przygotowanie. Wróciłyśmy do domu. W środę rano stawiliśmy się na oddziale. Dopiero do mnie dotarło, co się będzie działo, co nas czeka i jak bardzo się boję. 

Mamy łóżko, pielęgniarka przygotowuje "motylka", mamy też tabletkę w kieliszku - czekamy na znak. Podałam Mati tabletkę i zrobiło się wesoło. Wiesz jak działa "głupi Jaś"? Jedni się wyciszają, inni zasypiają, a jeszcze inni są pobudzeni, ale bez sił. Matylda była śmieszna i chyba ten jej błogi uśmiech trzymał mnie w pionie. Była 9:02, kiedy żegnałam się z Mati przed wjazdem na salę operacyjna. To jest okropne, ona popłakiwała za mną, ja nie mogłam nic zrobić. I to było moje jedyne zastrzeżenie do szpitala, w którym byłyśmy, bo byłoby mega fajnie, gdyby Mati mogła zasypiać przy mnie. Nie popadajmy jednak w paranoje, nic złego się nie działo. Większości i tak po zabiegu nie pamiętała. Pozwolono Mati wziąć ze sobą pluszaczka, a po zabiegu pluszak wyjechał z czapką lekarską, więc chyba się przydał. 

9:46 otwierają się drzwi od sali operacyjnej, widzę Matyldę, popłakuje. Serce mi pęka. Chce mieć ją przy sobie. Tu zaczyna i kończy się mój koszmar. Pomagam pielęgniarce wjechać łóżkiem na salę, nie widzę nic, chcę być przy swoim dziecku. Matylda charczy, chrapie, furczy - płacze. Ma zmieniony głos. Płacze, przysypia, chce się przytulić, odpycha. Salowa przynosi mi poduszkę, mówi, że mogę położyć się obok Mati. Jest spokojniej. Matylda zasypia. Obudziła się na dobre około 11. Była na lekach przeciwbólowych, więc czuła się dobrze. Chciała pić, wiec się napiła - ciężko było przełykać, ale dała radę. Po chwili chciała jeść, zjadła banana. Za chwilę był obiad - zjadła zupę i drugie danie. Zaczęła się wydurniać, wiedziałam, że wszystko wraca do normy. Około 18 byliśmy już w domu. 

Matylda nadal wraca do zdrowia, ale powiem Ci szczerze, że absolutnie nic jej nie jest. W ogóle nie było. Przez dwa pierwsze dni miała problem z ziewaniem i kichaniem. Pierwszej nocy trochę płakała, ale ani razu nie dostała żadnych leków przeciwbólowych. Teraz ma małe skrzepy krwi w nosku. Dostaliśmy zalecenie, żeby przez pierwsze 5 dni nie wychodzić na dwór, a przez 14 dni nie przebywać na słońcu, nie jeść ostrych i kwaśnych potraw, nie biegać, nie skakać, nie przemęczać się, nie brać gorących kąpieli. Wszystko to, co mały człowiek lub najbardziej. 

Jestem mega dumna z Matyldy, jest moja bohaterką, moją małą twardzielką. Wiele słyszałam historii o tym, jak dzieci źle przechodziły czas po zabiegu, jak okropnie się czuły, a Mati tak naprawdę ani razu nie wspomniała, że coś jej dolega. Nie wiem, jak będzie wyglądał dalszy czas, czy będziemy faktycznie zadowoleni z zabiegu, czy Mati nie będzie chorowała, ale mimo to wiem, że zrobiłam to, co razem z kilkoma lekarzami uznaliśmy za odpowiednie. Usunięcie migdałka to bardzo łatwy zabieg, gorsza jest narkoza i emocje rodzica, bo przecież każdy ból moglibyśmy wziąć na siebie, byleby dziecko nie cierpiało. Matylda dała radę jak zawsze, ja poznałam nową siebie i liczę na to, że każda z nas na tym zyska. 

Dziewczyny, jeśli macie jakieś pytania, jestem do Waszej dyspozycji.
Copyright © 2014 ja-matka.pl , Blogger